Przejdź do głównej zawartości

"Nad morze" cz.1 - Kraków-Gdańsk

 Moja najdłuższa przejażdżka rowerowa w 2014 roku to wycieczka z Krakowa na Hel. W ciągu 9 dni (dojazd + pokręcenie po okolicy) przejechałam 1087 km, więc dystans w stosunku do czasu nie jest obłędny, ale sama wyprawa w jakimś sensie była. Było to 9 dni w ciągu, których byłam odcięta od wszystkiego. Nie liczyłam czasu - dni odmierzałam "ostatnio spałam w...,wcześniej w...". Kilometrów też nie liczyłam, bo pierwotne wobec dystansu było zwiedzanie miast - w paru byłam po raz pierwszy, do kilku innych mam sentyment, więc chciałam w nich dłużej zostać. Zasadniczo była to wyprawa "na dzikusa", czyli bez planu, jedynie z celem. Nie miałam zaplanowanego żadnego noclegu, co spowodowało parę stresowych sytuacji, ale zawsze wszystko się dobrze kończyło (nawet, gdy raz noclegu nie znalazłam...).

DZIEŃ PIERWSZY - 150 km

Ruszyłam niewyspana...dziwną trasą - przez Dolinki Krakowskie, czym zdecydowanie nadrobiłam, gdyż nie dało się tam jechać zbyt szybko. Kierowałam się na Ojców, pytając pana o drogę pierwszy raz usłyszałam pytanie: "Sama..?" (miało to dodatkowy kontekst..wizualny..). Ojców jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc przez krakowskich rowerzystów ze względu na walory estetyczne - ja w tym roku byłam tam tylko właśnie w tym momencie. Już na początku zaczęło padać na chwilę. Ogólnie byłam śpiąca i w związku z tym oraz tym, że wyjechałam późno byłam nie do końca szczęśliwa, ale w Wolbromiu poczułam ten klimat, który tak kocham...



Wjechałam do województwa śląskiego od innej strony niż zazwyczaj (choć wolę Górny Śląsk).



Kolejne miasteczka tego województwa. W Smoleniu znajdują się ruiny zamku. Byłam już w tym miejscu 12 lat temu, gdy wraz ze znajomymi odwiedzałam część zamków Szlaku Orlich Gniazd. Pamiętam, że pytałam wtedy pewnego pana gdzie jest...Smoleńsk...pan na to: "w Rosji"....
W miejscu tym ponownie zaczęło padać. Chwilę czekałam, ale zdecydowałam się jechać. W Pilicy spotkałam pewnego pana-żartownisia, który krzyknął, że nie mam powietrza w jednym z kół. Ja się wystraszyłam, zerkam, a pan w śmiech...



W Lelowie odwiedziłam Grób cadyka Dawida Bidermana (tylko z zewnątrz).



Ruszyłam dalej. Kierowałam się do Włoszczowej. Robiło się ciemno...A ja byłam bez noclegu. Po drodze dzwoniłam do osób wynajmujących pokoje w okolicy, ale wszystko było zajęte...Nie była to ciekawa perspektywa, aczkolwiek myślałam, że może na miejscu coś znajdę. Poza tym w najgorszym wypadku spędzę noc na stacji - najsłynniejszej w Polsce (na pewno jest to duży dworzec...). Na znaku pojawiła się opcja "Częstochowa" i potem trochę żałowałam, że jej nie wybrałam...



Około godziny 22 wjechałam do województwa świętokrzyskiego. Była to idealna pora, by kierować się na miejsce noclegu, ale takiego miejsca było brak...



W końcu Włoszczowa. Kupiłam jedzenie w sklepie nocnym (tylko jeden taki znalazłam..) i zastanawiałam się co robić...Pokręciłam po mieście szukając tej stacji kolejowej...Znalazłam - zamkniętą...Ale był posterunek policji, już miałam się tam udać, żeby zapytać, czy mogę podładować telefon, który "padł" i "Chłopaki, czy mogę z Wami posiedzieć aż zrobi się jasno, bo nie chcę jeździć po nocy"? dodając, że jakby było to możliwe to cela na chwilkę snu byłaby fajną opcją...Ale troszkę się wstydziłam...W końcu trafiłam na stację benzynową, tam podładowałam telefon i zagadałam się z panią sprzedawczynią i panem klientem. Okazało się, że w mieście są hotele. Hotele - hmmmm - droga opcja zapewne, ale nie chciałam tracić czasu na niespanie, więc się tam udałam. W pierwszym z hoteli okazało się, że nie można płacić kartą, więc ruszyłam do drugiego.




DZIEŃ DRUGI - 84 km

Następnego dnia zjadłam śniadanie w hotelu, które było w cenie. Byłam chyba jedynym gościem w tym ośrodku...



Ruszyłam dalej.



Wjechałam do kolejnego województwa.



W Przedborzu zaczęło padać, więc chwilę czekałam wraz z panami, którzy w centrum swego miasta spędzają wolny czas przy piwku...



A potem dalej...Drugie śniadanie zjadłam..na trawie. Zdecydowanie wolę taki klimat posiłków od tego hotelowego.



I dalej przez łódzkie.



W końcu dotarłam do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie mieszka moja koleżanka, która nie znosi zdjęć...i tam spędziłam noc.




DZIEŃ TRZECI - 161 km

Następnego dnia wstałam...przed piątą, gdyż koleżanka tak zaczyna pracę. Nie oznacza to, że wcześnie ruszyłam, gdyż ploteczki się przedłużyły...a potem się pogubiłam przy wyjeździe z miasta.





Pojawiający się niekiedy problem - gdzie jest droga, po której można jechać rowerem...



W końcu znalazłam odpowiednią drogę, a potem odkryłam ogromny punkt handlowy...Jego wielkością byłam oszołomiona...Biegałam po sklepach jednak nic nie kupiłam, gdyż wszystko musiałoby być przewiezione na moich plecach (przynajmniej do poczty skąd mogłabym wysłać zakupy do domu, ale na to szkoda mi było czasu).



Widać, że zbliżałam się do najbardziej sfeminizowanego miasta w Polsce...



ŁDZ to czas dla nas! O.S.T.R. - Tabasko. W mieście tym byłam po raz pierwszy.



Łódzkie murale (te oficjalne i te nieoficjalne - miłosne wyznania...).






Najmodniejsze miejsce w Łodzi - OFF Piotrkowska (http://offpiotrkowska.com/) mieszczące się w dawnej fabryce bawełny Franciszka Ramischa. Świetne wykorzystanie postfabrycznej przestrzeni (kultura, sztuka, kreatywny biznes i cudne murale)!



Wizytówka miasta - ul. Piotrkowska.



I dalej przez Łdz...



...ku łódzkiemu lotnisku.



Bałuty welcome to! O.S.T.R. - Bałuty....Ważnym punktem mojego zwiedzania miast są miejsca, z którego pochodzą raperzy, których cenię (oprócz Ostrego z dzielnicy tej pochodzą: Zeus, Spinache, Afront oraz koszykarz Marcin Gortat). 
Dzielnica ta stała się częścią Łodzi w 1915 roku, wcześniej była to największa wieś w Europie w danym czasie (ze względu na liczbę mieszkańców - 100 tysięcy). 
Na podstawie kawałków Ostrego spodziewałam się miejsca, które wizualnie będzie przerażać...
O.S.T.R.ft. Kochan, Zeus - Reprezentuj Bałuty..."Taki jaki świat jest takie są Bałuty". 



Miejska ekspresja przy wyjeździe z Łodzi. Pierwszy "postulat" popieram w stu procentach, drugi w żadnym. I kocham podróżować na rowerze!



Zgierz i jeż (symbol promocyjny miasta).



Interesująca architektura (taka "z przytupem" i ozdobami).



W końcu zainteresowałam się kwestią dzisiejszego noclegu...Podzwoniłam do okolicznych opcji (np. w Kutnie, gdyż jest to miasto w miarę duże), ale miejsc było ponoć brak. Istniała możliwość noclegu w zajeździe, w którym jadłam, ale stwierdziłam, że poszukam czegoś w kolejnym większym mieście, gdyż nocleg ten był droższy niż miał być w założeniu, a poza tym noc jeszcze nie zapadła...



Około godziny 22 dotarłam do Łęczycy, w której odbył się zjazd dostojników duchownych i świeckim w 1180 roku. Miałam nadzieję, że będzie może tu jakiś hostel, czy coś takiego...Pomyliłam się...tak jak z tym, że do Włocławka jest 46, a nie 71 km (myślałam, że to mieszkańcy Łęczycy się mylą, jak dopytywałam jak daleko, a oni, że około 80 km, bo zakodowałam dystans 46 km...). Rozmawiając z koleżanką przez telefon mówiła, żebym jechała te (pomylone) 46 km (że ona by jechała..). Dużo jeździłam w nocy po terenach, których nie znam, setki km od domu, ale gdy jest to możliwe to staram się tego unikać. Aczkolwiek ruszyłam...bo co robić...



Jechałam i jechałam w tych ciemnościach...



...i nagle skręt do miasta, które na mapie widniało jako większa kropka...Większa kropka = większe szanse na pensjonaty, kwatery...Wylądowałam o północy w nieznanym mi miasteczku...Ale kręcił się tam radiowóz policyjny, więc stwierdziłam, że przynajmniej bezpiecznie...Siedziałam na rynku, patrzyłam na mosiężny dzbanek z kwiatami, rozmawiając z kolegą przez telefon, który leżąc w ciepłym łóżeczku śmiał się..."To nie jest śmieszne"..."Wiem, ja bym chyba się rozpłakał..". Na kamienicy obok widniał napis: noclegi. Tylko, że światła pogaszone...godzina dość późna...Waham się, czy dzwonić...Dzwonię (w sumie, jak kolega powiedział powinni liczyć się z tym, że ktoś może zadzwonić o tej porze). Odebrała pani, która mówi, że  wszystko jest zajęte, a w jednej części remont, więc tam nie ma nic. Na co ja odpowiadam, że mi potrzebne po prostu bezpieczne miejsce na sen, a wystarczy mi koc i mogę dać 30 zł za taki nocleg, co chyba jest uczciwą ceną. Pani, że tak nie można...Ja próbuję przekonać, że mi naprawdę wygody nie są potrzebne, tylko sen w bezpiecznym miejscu. Pani, że nie nie, ale że nie daleko jest pizzeria może tam coś wynajmują. Ruszam oddzwaniając do kolegi, że no niestety nie udało się, ale słyszę, że ktoś próbuje się ze mną połączyć. Z kolegą się rozłączam i oddzwaniam - to była pani, która mówi, że zapomniała, iż jeden pokój się zwolnił. WOW! Wracam i dostaję pokój z łazienką za cenę, którą oferowałam za remontowane miejsce...Ten przypadkowy nocleg "z fartem" dał mi więcej radości niż dałby zarezerwowany wcześniej w pięciogwiazdkowym hotelu. 



DZIEŃ CZWARTY - 112 km

Następnego dnia wstałam, była piękna pogoda. W blasku dnia zobaczyłam dzbanek z kwiatami, na który patrzyłam o północy poprzedniej nocy zastanawiając się, czy będę na niego patrzyć całą noc...



Jak widać na znaku do Włocławka z tego miasta miałam jeszcze 49km.



Wjechałam do kolejnego województwa.



W góralskim zajeździe w województwie kujawsko-pomorskim (sic!) zostałam oszukana! Zamówiłam prażonki, a dostałam...po prostu ugotowane ziemniaki. Okazało się, że być może kwaterę znalazłabym w Lubieniu Kujawskim, bo znajdowało się tam parę budynków z napisem: noclegi. W ogóle to jadąc myślałam, że mogłabym pójść spać w kukurydzy..Gdy jest jasno wydaje się to prostsze i..bezpieczniejsze...W nocy byłoby to przerażające (czy nie okazałoby się, że śpię np. obok jakiejś chatki, której bym nie zauważyła w świetle księżyca i czy właściciel chatki nie okazałby się jakimś psychopatą...).



W końcu dotarłam do Gminy Włocławek. Tuż za znakiem na krzesełku wędkarskim siedziała pani pielęgniarka (oczywiście nieprawdziwa...) zaciekawiona moją osobą. Wcześniej widziałam panią w odblaskowej sukience (do której miałam ochotę krzyknąć, że fajny kolor - taki bikingowy) biegnącą do pana, który zaparkował samochód w lesie po drugiej stronie....A gdy okazało się, że w pewnym momencie pojawił się zakaz jechania po ulicy i muszę skręcić w leśną ścieżkę rowerową (bardzo przyjemną w ciągu dnia) cieszyłam się, że nie ruszyłam do Włocławka w nocy. Myślę, że te panie, ten zakaz, ten las wprowadziłyby trochę nerwową atmosferę w mojej głowie w środku nocy...Jeszcze dosadniej poczułam to, że jestem szczęściarą, że udało mi się znaleźć nocleg poprzedniej nocy w Krośniewicach.



Dotarłam do Włocławka...



...w którym są piękne bulwary wiślane!



Wyjeżdżając z Włocławka zaczęło padać. Chwilę czekałam, potem przebrałam się w przejściu podziemnym i ruszyłam dalej. W końcu się wypogodziło i było znów pięknie. 



Jadąc cały czas główną drogą dotarłabym do Torunia, ale ja odbiłam do miasteczka uzdrowiskowego, do którego mam sentyment...



Mój sentyment wiąże się parokrotnym z uczestnictwem w tej o to imprezie: Ciechocinek - Dziani



Charakterystycznym elementem tego miasteczka słynącego z sanatoriów i dancingów jest fontanna "Grzybek". Jest to ozdoba oraz naturalne inhalatorium, gdzie można wdychać bogate w jod powietrze. Dlatego też jest on dość oblegany przez panie kuracjuszki i panów kuracjuszy...



Innym ważnym punktem w Ciechocinku są tężnie podobnie, jak powyższa fontanna stanowiące naturalne inhalatorium. Jest to największa i unikatowa tego typu budowla w Europie, wokół której bardzo przyjemnie jeździ się na rowerze w blasku księżyca.



A obok pięknie świecące nocą fontanny...Postanowiłam zostać w Ciechocinku, gdyż lubię to miasteczko, a ponadto jest tu mnóstwo opcji noclegowych. Tylko tak zachłysnęłam się kręceniem po mieście, że kwestią mojego spania zajęłam się o 22. Kilka razy zostałam odprawiona z kwitkiem - miejsc brak. Ale każdy polecał jakąś kolejną osobę, że może tam wolne miejsca i w końcu się udało. Pani wyszła w szlafroku i gdy ja zdecydowana mówiłam, że biorę, ona nie była pewna, czy będzie mi odpowiadać miejsce nie do końca w pokoju tylko w swoistym korytarzu pod schodami na rozłożonym fotelu i chciała, żebym obejrzała. To obejrzałam i decyzji nie zmieniłam. Dodatkowo pani jeszcze obniżyła mi cenę za te niby niedogodne warunki. Właścicielka była bardzo miła i ciekawie mi się z nią rozmawiało o tym pensjonacie, imprezowaniu emerytów (ja kładłam się spać, a inne panie lokatorki duuużo starsze były jeszcze na dancingu...), o Cyganach...



DZIEŃ PIĄTY - 118 km

Wstałam stosunkowo wcześnie, ale znowu zagadałam się z panią właścicielką na tarasie przy kawie. Oczywiście pani była zadziwiona moją osobą. Martwiła się o mnie, że coś może mi się złego stać ("tym bardziej, że jak modelka.."). Rozwinęła temat życia imprezowego kuracjuszy (bardzo interesujące!), trudnych lokatorów, rozpoczynania swojego biznesu (stosunkowo niedawno kupiła ten dom). Myślę również, że byłam ewenementem wśród jej dotychczasowych gości i cieszyła ją moja obecność. A mi nocleg ten udowodnił (kolejny raz), że nie posh hotel daje najwięcej "noclegowej satysfakcji", lecz to, że w pewnym momencie, gdy nie jest się pewnym, czy będzie się spało pod dachem (choć w tym wypadku  nie było aż tak źle, bo mogłam ruszyć do Torunia - nie tak daleko, ale trochę przez krzaki i tam czegoś szukać...tym bardziej, że poczułam, że pojeździłabym jeszcze..), znajduje się takie miejsce oraz mili ludzie, którzy mają ciekawe historie i chcą się ze mną nimi dzielić. Potem wysłałam brudne rzeczy do domu, żeby nie wozić tego bez sensu na moich plecach, posiedziałam na kawie i całkiem sporo pokręciłam po miasteczku szukając miejsc, w których byłam bywając w tym miasteczku...i tak zrobiło się popołudnie....



W końcu ruszyłam dalej.



Dotarłam do Torunia. Było nieziemsko gorąco....I w tak pięknych okolicznościach przyrody - cudne bulwary - pojeździłam na moim rowerze.



A potem po centrum. 7 lat temu, będąc w Toruniu pierwszy jadłam (ale nie zjadłam..) amerykankę  (w Krakowie tego raczej nie ma). Wtedy jej okropny smak wzbudził we mnie wręcz szok...brrr...taka była paskudna. Będąc teraz w tym mieście, widząc piekarnię weszłam, by zapytać o ten przysmak (bo są ludzie, którzy się tym zachwycają...chciałam, więc dać temu wypiekowi jeszcze jedną szansę..).



W związku z mega-upałem zaopatrzyłam się w duże ilości picia i ruszyłam przed siebie. Jechałam 91, a tu nagle znak na Malbork (wcześniej dowiedziałam się, że Chełmno to miasto zakochanych..). Myślę sobie w Malborku nie byłam, zamku nie widziałam to może pojadę. Tym bardziej, że po drodze Grudziądz i to będzie dobre miejsce na dzisiejszą noc. Miasto małe nie jest, więc sieć hostelowo-kwaterowa na pewno rozwinięta. Rzuciłam jeszcze okiem na mapę jak to się przedstawia I skręciłam na 55. Do miasta dotarłam o przyzwoitej porze. W sklepie miłe panie dały mi opcje noclegowe, więc dzwoniłam, ale wszystko zajęte...Zaczęło się ściemniać,,,hosteli żadnych nie widziałam kręcąc po mieście, więc zaczęłam się niepokoić...Spotkałam panów ze straży miejskiej i pomyślałam, że oni na pewno będę znać jakiś nie zbyt drogi. Pierwszy z panów nie był z tego miasta, zaczął pracę, ale drugi wskazał mi hostel, który się reklamuję (m.in. tym, że tani). Ucieszyło mnie to bardzo i z nadzieją popędziłam gdzieś na koniec miasta. I był! Robotniczy hostel w całkiem przystępnej cenie. Ach!




DZIEŃ SZÓSTY i SIÓDMY (ciężko rozgraniczyć) - 236 km + 19 km

Gdy obudziłam się było słonecznie i pięknie, ale gdy dojechałam do centrum zaczęło padać. Wstąpiłam do piekarni, by kupić drożdżówki na śniadanie. Zainteresowała mnie jedna taka większa....zapytałam co to...i dostałam odpowiedź: amerykanka. Chwila konsternacji, zastanowienia....i zaryzykowałam  - kupiłam...i była smaczna! Nie wiem, czy z tamtą sprzed 7 lat było coś nie tak, czy może moje kubki smakowe uległy jakiejś transformacji...
Rynek Główny Starego Miasta, bulwary, spichlerze, cytadela.  



Zdecydowanie! "A tu nagle okazuje się, jak bardzo warto jest żyć, ponieważ mogą zdarzyć się rzeczy zdumiewające (..)"!



Zaletą poruszania się na rowerze jest to, że przez miasto przejeżdża się wzdłuż i wszerz. Jest się nie tylko "w środku" (centrum). Nawet jeśli nie mam czasu na dogłębne zwiedzanie to myślę, że klimat trochę łapię. Nie tyko ten z miejsc stricte "do zwiedzania", ale i "do życia'. (Taka obserwacja: w żadnym innym mieście nie minęłam tyle osób z tatuażami...i wszędzie Borys monopolowy...).



A'propos łapania klimatu miasta - jakie jest dobre miejsce...? Targ - musiałam wjechać na stadion, pokręcić się tam i kupić "pamiątki"...Moimi pamiątkami są ubrania (stawiam na funkcjonalność). Gdy ktoś mówi, że mam coś fajnego ja: kupiłam w...byłam tam na rowerze...i opowieść o wyprawie, a nie o ciuszku...), ale w związku z dużą ilością miast odwiedzonych przeze mnie podczas tej wyprawy, ilość pamiątek ubraniowych musiałam zminimalizować (nie ze wszystkich miast -właściwie to tylko z kilku -  i raczej coś małego..)



Jako, że zwiedzam lotniska, gdy zobaczyłam znak, że w pobliżu coś tego typu, skręciłam.



Wjazd do ostatniego województwa!





Kwidzyn - dawny gród Prusów, który w 1233 zajęli Krzyżacy (i taka architektura).



W Kwidzyniu widziałam najpiękniejsze ronda na świecie! Każde coś przedstawiało (oczywiście mój faworyt to pan rowerzysta).





Sztum - kolejny gród pruski zdobyty przez Krzyżaków.





Tuż przed Malborkiem znowu spotkałam dwie panie tirówki...W związku z czym miałam pewne obawy przed robieniem zdjęcia przy znaku w skąpym stroju (że jakiś pan się zainteresuje i będę mieć problem z panami "opiekunami" pań..).




 W centrum zagadałam się z pewnym państwem. Pan polecił mi zwiedzenie pięknego dworca kolejowego w tym mieście,...



...więc ruszyłam przez Sklepy Cynamonowe...



...do tego miejsca. Pan miał rację - dworzec jest piękny.



Następnie ruszyłam w stronę zamku,...



...który jest pięknie położony na prawym brzegu Nogatu.





Następnie ruszyłam dalej do Nowego Dworu Gdańsku z nadzieją na nocleg w tym mieście. Robiło się ciemno...



W końcu dotarłam. Pokręciłam po mieście i nie znalazłam żadnego hostelu, hotelu, kwatery...



Ruszyłam do MacDonalda, tam przeczekam, ale był on otwarty tylko do 1, więc na kawę i dalsze przeczekanie ruszyłam na pobliską stację benzynową. Piłam kawę, rozmawiałam przez telefon, czekałam, czekałam i czekałam, żeby nie jechać w nocy. Ale w końcu nie wytrzymałam i ruszyłam. Żałowałam, że nie zrobiłam tego do razu. Tylko, że myślałam o tym, żeby jechać przez Stegnę, żeby uniknąć głównej drogi na rzecz przyjemniejszej. Pan na stacji powiedział, że jest tam nieciekawa droga na nocną przejażdżkę, a ponadto nie przejechałabym (jedynie przepłynęła..). Czyli nie mogę do końca żałować, że nie ruszyłam od razu jeśli chciałam ruszyć inną drogą, co pewnie bym zrobiła.



Wyruszyłam o godzinie drugiej. Było ciemno, a ponadto mgła jak z horroru. Nie było widać nic oprócz świateł zbliżających się tirów. bo na drodze tylko takie pojazdy i ja ze skroploną mgłą na całej sobie.



W końcu zaczęło świtać. Tym samym jazda była bardzo przyjemna. Do Gdańska miałam tylko 13 km. 3 miesjcowości...



..i ok czwartej stanęłam przed tablicą GDAŃSK. Gdy uświadomiłam sobie, że przejechałam tylko za pomocą swoich mięśni niemal całą Polską zupełnie sama (..z kompanem rowerem..), przeszły ciary...CUDOWNE UCZUCIE. Stałam tam o wschodzie, robiłam zdjęcie i byłam chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. .



To piękne miasto jakim jest Gdańsk o poranku jest wspaniałe. Nie ma tego tłumu, który wynurza się później. 




Coś, co jest niemal cudem - zdjęcie z Neptunem bez zbędnych osób.




Usiadłam na ziemi (ławka jeszcze była mokra..) i nadal odczuwałam tę satysfakcję i szczęście. Wywołałam zdziwienie, że o tej porze na rowerze....Pan, który się zdziwił chyba nie zakodował, gdy krzyknęłam, że przyjechałam z Krakowa na tym rowerze...



W końcu sen zaczął upominać się o siebie...Tak się kręciłam, kręciłam, ale coraz mniej radości mi to dawało..Ruszyłam w stronę lotniska (tam pracuje moja koleżanka) i moją uwagę zwróciło schronisko młodzieżowe. Weszłam zarezerwować nocleg, ale doba zaczynała się o 17, czyli kupa czasu przede mną...Pan pozwolił mi być o godzinie 15. 



Dotarłam na lotnisko. Pierwsza moja myśl - wow, jak cudownie, by się tu spało w nocy...Podeszłam do  dziewczyny z firmy koleżanki (...i mojej...tylko oddział w innym mieście) pytając o nią, czy jest w pracy. Zawołała ją. Koleżanka przyszła i chyba trochę się zdziwiła widząc mnie (ta dziewczyna poinformowała ją: "jakaś koleżanka do Ciebie na rowerze"...co prawda kiedyś wspominałam, że może wpadnę do Gdańska na bicyklu...).



Późniejszy biking był w półśnie...Wracając z lotniska pogubiłam się (przynajmniej zobaczyłam dużą część miasta), jechałam powoli, bo byłam w kiepskim stanie, ale w końcu wybiła 15...Mogłam iść spać!



Po paru godzinach snu obudziłam się i pojechałam do centrum na obiad i zerknąć na miasto wieczorem. 




Myślałam, że następnego dnia będę chciała odpocząć od roweru i na nic dłuższego nie będę mieć ochoty, ale...c.d.n...




Komentarze

  1. Ja mam na razie jednego dnia około 200km.
    300... Jak dało radę 200 da radę i 300 :)
    Gdybyś pedałowała przez Mazowsze - daj znać :)

    300km.... to jak ode mnie do Ciebie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie ta trzysetka prawdopodobnie byłaby w te tereny, dokładnie o Warszawie myślałam, bo bardzo lubię to miasto. A na rowerze nie byłam tam jeszcze. Tyko to niestety dopiero jak będzie cieplej i dzień będzie dłuższy...

      Usuń
    2. Potrzeba minimum 15 godzin dobrego pedałowania. A wiadomo, że utrzymanie średniej 20km/h przez tyle godzin nie będzie łatwe.
      Pewnie trzeba by wyjeżdżać w środku nocy żeby za dnia jeszcze dojechać.
      Daj znać gdybyś wprowadzała swój plan w życie to się stykniemy.

      Usuń
    3. Wiem...W zeszłym roku jechałam z Krakowa do Kielc i w lasach w świętokrzyskim miałam średnią chyba 35km/h przez bardzo długi odcinek, bo było już ciemno i chciałam bardzo szybko wyjechać z tych lasów i naprawdę "cisnęłam"...Myślę, że taka wycieczka najwcześniej w kwietniu.

      Usuń
    4. Hehehe, znam to uczucie.
      Jak jechałem w nocy przez swój okoliczny las to potrafiłem tak zasuwać.
      Później po prostu robiłem głośniej muzykę :D - nie słyszę jak coś się kręci w lesie i mam spokój psychiczny :D
      Do kwietnia już niedaleko :)

      Usuń
  2. Mam tylko jedno małe pytanie .Jak udało Ci się przejechać bez sakw z samym tyci plecaczkiem???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie taki tyci...Ale fakt duży nie był...No, ale czego potrzebowałam..? Trochę szmatek (na szczęście noszę rozmiar 34, więc są one małe...ale z drugiej strony mierzę 178 cm to nie aż tak...). Część brudnych oraz tych, które raczej mi się nie przydadzą, wysłałam w Ciechocinku do domu (taka "miła" przesyłka na mnie czekała, gdy wróciłam...), żeby nie wozić tego na moich plecach, które jakoś tego szczególnie nie odczuły, chyba byłam przyzwyczajona. W upale (a bywał mega!) troszkę drapał moje plecy (i od strony estetycznej było to widoczne...ale potem nadrobiłam...). Jako, że lato, cieplutko to własnie były to lekkie rzeczy (widać po moich niektórych bluzkach..), ale jak jechałam do Niemiec to mój plecak był dość ciężki (miałam grubszą kurtkę i np takie rzeczy jak getry, czapkę, rękawiczki choć był początek czerwca, ale wszystko się przydało, bo noce były zimne), co uświadomiła mi pewna osoba, która ledwo podniosła, a mi się dobrze jechało...Nie lubię tylko jak muszę "upychać", dlatego staram się nie brać zbędnych rzeczy (też np. legginsy nie dresy, bo są cięższe niż te pierwsze) Wychodzę z założenia, że wszystko mogę kupić. Na tej wycieczce nie miałam nawet grzebienia (ale dlatego, że zapomniałam..). Teraz myślę o sakwach, bo planuje w lecie coś większego w gorącym klimacie, ale muszę sprawdzić, jak z sakwami będzie mi się jechało (ale pewnie dla kręgosłupa zdrowiej). Dzień przed widziałam się ze znajomymi ("No jutro chyba jadę do Gdańska"), ja nie byłam spakowana nic to również to wywołało zdziwienie...A moje to pytanie, bo ileż można się pakować...I podobno nie jestem typową kobietą w związku z tym....Jedzenie oczywiście na bieżąco, bo uwielbiam wizyty w sklepikach - czasami z kimś się zagadam kto się dziwi moją osobą - i kupuję to na co mam ochotę w danej chwili...Choć na to czasami schodzi dużo czasu (ale jak widać po dystansach na tej wyprawie, była ona taka chiloutowa w tym względzie). A z rowerowych rzeczy tylko i wyłącznie dętka, ale ten rodzaj rzeczy muszę rozszerzyć. Tylko jak zmienię plecak na sakwy to stracę....dobry statyw...

      Usuń
  3. Zaczniesz jeździć z sakwami, to już nie nałożysz plecaka. No i na szosowe wyprawy kółka mus zmienić. Jesteś duża, to 28, albo 29 z gładkimi oponami. Przy tak minimalistycznym bagażu, to ja bym jednak się na szosówkę zdecydował. Przyjemność razy dwa.
    Gratulacje, mało kto ma taki wyczyn na koncie!
    Rysiek 55+

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajna wyprawa. Też planowałem zrobić trip z małopolski nad morze. Ale w końcu zdecydowałem się przejechać całe polskie wybrzeże. Faktycznie, też zwróciłem na to uwagę, że nie masz sakw... ja za cholerę chyba bym się nie zmieścił do plecaka. Chociaż na drugi dłuższy wypad też pomyślę o minimalizowaniu bagażu ( ostatnio sakwy były dużo za ciężkie, bo zabierałem sporo nie do końca potrzebnych rzeczy).
    Zapraszam do mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej, jesteś twardzielka :) Fajne wypady, super fotki. Ja zawsze mam problem z tym, aby się zatrzymać i pstryknąć jakieś zdjęcie, a później żałuję :) Widzę, że lubisz "zaliczać" różne miejscowości, a nie myślałaś o zaliczaniu gmin? :) Jest taki portal 'zalicz gminę', stworzony przez zakręconych ludzi, można tam min.'kolorować' na mapce PL wszystkie gminy przez które się przejechało rowerem, fajnie to wygląda. No i jest ranking, aby np. wejść do pierwszej 10ki trzeba mieć 'zaliczone' ok1000gmin :) przykładowa mapka: http://zaliczgmine.pl/img/maps/map-170-s.png
    Wiem, że to brzmi jak spam, ale zapewniam Ciebie, spamem nie jest :) Taki zaliczanie gmin to świetna motywacja do jazdy. pzdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajna stronka, fajny pomysł. Na pewno założę konto, bo dużo tego było i pewnie będzie więcej, a lubię wszelkie formy, które mogą to uporządkować i dzięki, którym ogarnę gdzie byłam, a ten portal niewątpliwie mi na to pozwoli. Dzięki za linka.

      Usuń
    2. Nie ma za co :) Widząc te tablice z nazwami miejscowości na Twoich zdjęciach od razu pomyślałem,że 'zalicz gminę' może Ci się spodobać. Fajna motywacja do jazdy, do odwiedzenia nawet tych teoretycznie nudnych miejsc. Jak uzupełnisz swoją mapkę to nie omieszkaj się pochwalić zdobyczami gminnymi :) jeszcze jedno, forma 'zaliczenia' gminy jest dowolna, niektórzy odwiedzają główną miejscowość gminy, niektórym wystarcza tylko przejechanie kilku km, czasem metrów, po terenie gminy i już, tych drugich jest pewnie zdecydowanie więcej, ja też się do nich zaliczam. Pozdro, Marcin

      Usuń
  6. Fajna wyprawa . Wyrazy uznania . Nie do uwierzenia że jechałaś sama . Rozumiem że przez las 35 km / h też prawie nie do uwierzenia . Spore dystanse przy niewątpliwym poświęcani czasu na zdjęcia . Świetna fotorelacja . Gratuluje . W podobnych eskapadach ludziom doskwierają np . kolana .
    Wyrazy uznania . Widziałem ktoś kiedyś jechał z jedną większą torbą na kierownicy i drugą na akcesoria podsiodłową . Ciekawe stwierdzenie " podobno nie jestem typową kobietą " . Andrzej .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! W sumie dość często jeżdżę sama i bardzo to lubię. Choć z fajnymi osobami też jest..fajnie! pozdrawiam

      Usuń
  7. Well done. Świetna wyprawa, fajnie udokumentowana. Opisy miejsc i fotki. Te robią wrażenie jestem z Łodzi a te kilka fotek z mojego miasta trafnie oddają jeje klimat. Plus

    OdpowiedzUsuń
  8. To był klasyk który do dziś podziwiam, zyskałaś wtedy mój wielki szacunek :) A Łódź i jej uliczna ekspresja to może być temat na osobny reportaż...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

ROMANIA - Sierpniowy blues o BUKARESZCIE

29, 30 sierpnia 2017
Końcówka sierpnia. Szybkimi krokami zbliżał się mój ostatni tegoroczny urlop. Miałam 10 dni wolnego. Trzeba je wykorzystać. W moim przypadku wykorzystanie urlopu jest jednoznaczne z rowerową wyprawą. Od kilku lat nie spędzam inaczej wakacji od pracy. Życie jest takie krótkie, świat jest taki duży, a ja bezwzględnie kocham jeździć na rowerze! 
Plan na ten urlop był.  Wraz z moim kuzynem miałam ruszyć na dość ciekawą terenową wyprawę. Jednak nasze urlopy nie pokryły się terminowo. Trzeba znaleźć alternatywę, a wcześniejszy pomysł przełożyć.
W poprzednim roku pojawiła się koncepcja zobaczenia najbrzydszej stolicy, jak określił to miasto mój kolega, Kiszyniowa. Wtedy wybrałam Litwę, Łotwę, Estonię. W maju tego roku pojechałam do Rumunii, która graniczy z Mołdawią. Nie daleko do Kiszyniowa, ale nie miałam aż tyle czasu, by tam dotrzeć i jakoś wrócić. Miasto Kiszyniów, czy ogólnie Mołdawia jako państwo krążyły, więc po mojej głowie...
Może moją alternatywą będzie ten &q…

ROMANIA - MOLDOVA - Długi rumuńsko-mołdawski "dzień" (290 km...).

31 sierpnia, 1 września 2017
Kolejnego dnia, obudziłam się wcześniej niż planowałam. Przypomniała mi się moja walutowa pomyłka wytrącając mnie ze snu. Bez sensu...Trudno...
The next day, I woke up earlier that I wanted. No sense...Ech...

Śniadanie. Rozmawiam z rumuńskim chłopakiem, który mówił mi bardzo miłe rzeczy...Gdy jadłam, a także potem, przed hostelem, gdy już wyjeżdżałam. Gdyby Bukareszt oraz reszta rumuńskich miasteczek w drodze do Mołdawii, nie oczekiwały mnie na moim rowerze, to mogłabym słuchać tego wykładu dłużej...To nie były tanie komplementy...To był wykład... Btw, bardzo lubię spać w hostelach. Można poznać ciekawych ludzi zewsząd. Nawet z Polski...Rozmawiam z pewną dziewczyną, która również je śniadanie. Pytam: Where are you come from? Poland...Co więcej, okazało się, że pochodzi z Krakowa. Dominika od kliku miesięcy przemierzała Europę stopem. Wyszło, że moja oraz jej dalsza podróż pokrywają się jeśli chodzi o destynacje. Będzie to miało dalszy ciąg w kolejnych częśc…

Korona Gór Polski cz. 8 - Lackowa (997 m npm)

16 sierpnia 2017

Wstałam rano. Ruszyłam na dworzec. Jak zwykle nie spałam długo. Za mało. Cóż...Pasja wymaga poświęceń. Dla pasji można dużo - żeby tylko coś przeżyć...coś zobaczyć...gdzieś być...Może sprawdzić siebie? Wsiadłam w pociąg. Bilet kupiłam u konduktora, bo jak zwykle byłam późno na dworcu. W ostatniej chwili. Wystarczyło czasu tylko na to, żeby ruszyć na peron. Wysiadłam w Starym Sączu. Z moich obliczeń wyszło, że stąd najszybciej będzie na szlak. Chyba nie poszła dobrze mi ta matematyka...

I woke up early in the morning. I did not sleep long. Too short. Ech...I went by train to Stary Sącz - it is close to the trail. I thought that is the best to leave the train there, but I think that I was wrong...

Jednak trzeba do Nowego Sącza. O mało nie zostałam potrącona. Pan nie widział, bo to nie ścieżka rowerowa, to chodnik. Ścieżki nie ma, sprawdzam trasę, więc jadę chodnikiem wyglądającym, jak ścieżka. Mam wątpliwości, czy to oby nie ścieżka. Nic się nie stało. Pan kierowca…