"Nad morze" cz.2 - Gdańsk-Hel + nad morzem

DZIEŃ ÓSMY - 137 KM

Następnego dnia, gdy wstałam okazało się, że nie jest tak, że nie mogę patrzeć na rower...A nawet: Ja chcę na nim jeździć! Ruszyłam, więc na Hel.


Pierwszy kontakt z morzem w Sopocie. 



Ja i mój bicykl zwracaliśmy uwagę (w sumie ciężko stwierdzić kto większą..). A gdy okazywało się, że wybieram się na Hel to zdziwienie, które było jeszcze większe, gdy mówiłam, że przyjechałam z Krakowa...



Sopockie molo. 




Sopot nie jest miastem w moim klimacie. Taka "cepelia" + tłok (na deptaku, na plaży).



Ruszyłam dalej bardzo przyjemną ścieżką.



Orłowo - cudowne miejsce.



Potem ścieżka się skończyła...Trzeba było przejechać przez miasto.



Gdynia (ta "właściwa"). W mieście tym byłam pierwszy raz, ale w związku tym, że jechałam na Hel, a nie było wcześnie nie miałam czasu, by zająć się dłuższym kręceniem po nim.




Bikecafe.



Gdyński mural.



Małe Trójmiasto Kaszubskie - Rumia, Reda, Rękowo Górne.



 Powiat pucki.



Puck! Zakochałam się w tym miejscu. Piękne. Tutaj poczułam, że "Moja wolność ceny nie ma"! W tym miejscu zaczęła się cudowna ścieżka rowerowa.




Niestety było dość późno, więc pędziłam baaaardzo szybko, co było fajne, ale nie fajne było to, że nie miałam czasu, by delektować się tymi cudownymi miejscami, czy żeby zjeść rybę na plaży...



W końcu dotarłam do ostatniej miejscowości. Droga niestety prowadziła już przez las, nie wzdłuż morza.



Powrót do Gdańska miał odbyć się pociągiem (była to już droga powrotna, więc "mogłam"). Gdyby nie był późny wieczór to wróciłabym również na rowerze, przynajmniej tą ścieżką do Pucka, żeby jeszcze raz pooglądać te piękne widoki, ale niestety nie było późniejszego pociągu, a spałam w schronisku młodzieżowym, więc nie chciałam się pojawiać w środku nocy. Zapytałam pewnych ludzi, czy będzie jeszcze jedna stacja kolejowa, na co oni odpowiedzieli mi, że nie (co później okazało się nieprawdą..)...Wróciłam, więc do Jastarni nie dojeżdżając na sam "koniec". Niestety...Ale i tak to, że dojechałam tutaj było spoko, bo w Pucku panowie mi powiedzieli, że nie ma szans, żebym zdążyła przed ostatnim pociągiem powrotnym...Pędziłam obłędnym tempem (nie zjadłam ryby...nie było takiego easy chilloutu na plaży...) i zdążyłam! 
Padła mi bateria w telefonie i martwiłam się, co będę robić pociągu, bo do nikogo nie zadzwonię (książki przecież nie mam..a najlepiej mi się myśli na rowerze..). Zanudzę się przecież tak siedząc po prostu (nie pedałując...), ale spotkałam ciekawego pana rowerzystę (właściwie to dwóch, bo na chwilę do rozmowy włączył się jeszcze jeden chłopiec-biker) i tak rozmawialiśmy o naszej rowerowej zajawce i o przebytych wyprawach. Podróż minęła mi bardzo szybko.




                             DZIEŃ DZIEWIĄTY - 56 KM

Kolejnego dnia wymeldowałam się ze schroniska, wzięłam znów na plecy mój plecak - po to są plecaki -. (dzień wcześniej "miałam szansę" wyrównać opaleniznę podróżując bez...ponieważ mogłam zostawić go w schronisku, gdzie ostatecznie spędziłam 2 noce) i ruszyłam do Sopotu. Byłam tam umówiona z koleżanką. Miał to taki totalnie easy-lazy day. Zasadniczo nie wiedziałam, co dalej...czy zostaję, gdzie zostaję...Kilka dni urlopu jeszcze miałam, więc mogłam sobie pozwolić na to, by zrobić to na co mam ochotę w danej chwili (ach!)...

Jadąc do Sopotu wstąpiłam do Galerii Bałtyckiej. Chwilę myślałam, że zostanę jeszcze nad Bałtykiem. Szukałam noclegów w tym mieście, ale było z tym kiepsko...Oczywiście cena nie była mi obojętna (z kwaterami jest tak, że każdy woli większej grupie wynająć niż jednej osobie...chyba, że zapłaciłabym za 2 lub nawet 3 osoby...). Byłam nawet w tej sprawie w informacji turystycznej. W końcu znudziła mi się ta zabawa i pojechałam na plażę (przynajmniej "zwiedziłam" trochę to miasto, nie tylko deptak i plażę..).



Aczkolwiek plaża na chwilę zawsze spoko...



Ogólnie nie lubię spędzać czasu uskuteczniając nic nie robienie, ale fajnie było się położyć i zamknąć oczy...



 ...ale musiałam czuć, że mój kompan przy mnie cały czas, więc było tak...




Leżałam, leżałam, ale w końcu mi się znudziło...Ileż tak można..? Godzinę..? Tym bardziej, że koloru "łapać" nie musiałam...Byłam chyba najciemniejsza na całej sopockiej plaży...



Spotkanie przeniosłam do rodzinnego miasta koleżanki - Gdyni.



Moim zdaniem Gdynia jest ciekawsza. Jest w niej więcej autentyzmu. Miałam całkiem sporo czasu na pojeżdżenie po mieście, bo dopiero wczesnym wieczorem byłam umówiona "Przy rybkach". Ogólnie kręciłam w okolicach Bałtyku. W końcu nad morze jechałam parę dni, więc postanowiłam delektować się tym nadmorskim klimatem...






I w końcu zjadłam pierwszą rybę podczas tego pobytu nad morzem...Dalej nie wiedziałam, co...dalej...Koleżanka odprowadziła mnie na dworzec (powrót do Krakowa miał odbyć się pociągiem), sprawdziłam, o której odjazd do mojego miasta, ale zerknęłam gdzie ewentualnie bym mogła podjechać...Stwierdziłam, że jednak chcę do Krakowa...Trochę czasu było, ja miałam ochotę na wieczorną przejażdżkę...



...więc podjechałam do Sopotu. Niestety, by dojechać do Gdańska nie miałam tyle czasu...Zrobiłam szybko zakupy spożywcze i wsiadłam w pociąg. 12 godzin w tym pojeździe mnie PRZERAŻAŁO...



Do pociągu wsiadłam złymi drzwiami (nie mam jeszcze wprawy w jeżdżeniu z rowerem w pociągu, podczas "niemieckiej wyprawy" miesiąc przed, był mój pierwszy raz w tym względzie..). Na szczęście pan konduktor był bardzo miły i pomocny. Okazało się, że w przedziale rowerowym słodko śpią jacyś ludzie...Wygodnie rozłożeni w śpiworach...Miły pan konduktor ich obudził, żeby umieścić tam mój rower i tutaj zostałam troszkę zirytowana...Mój bicykl jest duży nie mieści się na rowerowych hakach i jedna z dziewcząt chciała go wieszać na szprychach...Stanowczo zaprotestowałam! Ostatecznie stanął w poprzek nie przeszkadzając nikomu. Tym ludziom nadal było wygodnie, mojemu bicyklowi też, ale nie było wygodnie mi...Pan konduktor szukał dla mnie miejscówki, ale niestety nie było nic. Zresztą i tak nie przemieściłabym się 10 przedziałów dalej - tak daleko od mojego kompana...Położyłam się...na korytarzu zastanawiając się, czy wcześniej wypadnę, gdy ktoś otworzy drzwi (raz ktoś chciał, ale pan konduktor zareagował, bo wiedział, że ja tam leżę),  czy może wcześniej podeptają mnie dzieci z kolonii dreptające do toalety...Na szczęście dzieci grzecznie i uważnie mnie przekraczały...A ja nawet zapadłam w sen...



W Łodzi ludzie śpiący w przedziale rowerowym pozbierali manatki i wysiedli. Wreszcie mogłam się przenieść do tej komnaty, gdzie nikt się nie kręcił nade mną...Aczkolwiek mój widok wciąż zadziwiał dzieci. Nie wiem dlaczego chciały mnie budzić, jak tam sobie leżałam (takie szepty słyszałam..). Zasadniczo było w porządku, choć podłoga pociągowa nie jest to miękkie i ciepłe (i pewnie nie zbyt czyste..) podłoże...



Padało (nie wiem, od którego miasta) i taka pogoda powitała mnie moim mieście...Wysiadłam z pociągu ruszając na moim bicyklu do domu. 




BYŁO PIĘKNIE! 


Komentarze

  1. Super się czyta.... i ogląda :)
    Masz powera w nogach. Naprawdę podziwiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna wyprawa. Zazdroszczę :)
    Planowałem w tamtym roku coś podobnego (WTR - wzdłuż Wisły), ale kontuzja pokrzyżowała mi plany. Mam zamiar nadrobić to w tym roku.
    Podziwiam, że jeździsz z plecakiem a nie z sakwami.

    OdpowiedzUsuń
  3. Godna podziwu wyprawa, podziwiam i zazdroszczę. W wakacje mam nadzieję, że wybiorę się gdzieś dalej. A tak btw zapraszam do siebie dopiero się rozkręcam:D Pozdrower

    OdpowiedzUsuń
  4. Niesamowite. Lubię czytać takie relacje, marzy mi się, że może kiedyś i ja podejmę takie wyzwanie. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Pozdrawiam z Pucka i serdecznie zapraszam do kolejnych odwiedzin :)
    Marcin

    OdpowiedzUsuń
  5. WOW! Podziwiam i gratuluję! Niesamowita wyprawa!

    OdpowiedzUsuń
  6. Opalenizna najlepiej łapie właśnie wtedy gdy się człowiek poci:-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratuluję wyprawy.
    Widzę, że mamy podobny styl ubierania się... bez kasku i bez typowych kolarskich ciuszków.
    Mamy także takie same doświadczenie z rowerowymi przedziałami. To jest idealne miejsce na błogi sen w zatłoczonym pociągu. Szkoda tylko, że nie do każdego składu taki wagon jest doczepiany.
    Ps. Mnie także plaża nudzi chociaż widok morza zachwyca.

    OdpowiedzUsuń
  8. Super wyprawa podziwiam Sama na spontana Brawo Też zamierzam w tym roku z pomorza tym razem w gory jechać Mam pytanie odnośnie meni co jadłas Pozdrawiam i jeszcze raz gratulacje Maly

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Właśnie chyba nie jadałam zbyt wartościowo. Drożdżówki (których "normalnie" nie jadam raczej ale na wyprawach lubię), lody, gofry... - takie wakacyjne jedzenie, bo taki wyjazd był...Obiady też się jakieś zdarzyły. Ogólnie jadłam to na co miałam ochotę lub co było dostępne w momencie kiedy byłam głodna. Nic specjalnego - żadnych odżywek typu "energy" - nieee! Ewentualnie piłam izotoniki z takiej "chemii dla sportowców" (już wolę zminimalizowaną chemię w słodyczach).

      Usuń
    2. Dzięki za odpowiedz Pozdro Maly

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty