KRAKÓW - LWÓW cz.3 (odjazd)

DZIEŃ CZWARTY

Tak pięknie komponował się mój rower z muralem w hostelu...




W hostelu na szybkości zdążyłam tylko wypić kawę (za którą wcześniej biegałam..i za śniadaniem w ogóle, które chciałam zjeść na spokojnie popijając tę kawę..), bo zorientowałam się, że doba hotelowa trwa do godziny 11...Śniadanie, więc było na ławeczkach przed hostelem pośród uroczych murali wraz...z gołębiami...W pewnym momencie czułam się, jak w filmie Hitchcocka (choć trochę też jak pani z parku z filmu "Kevin Sam w Nowym Jorku"...).


Dlaczego wszyscy (prawie) tak etnicznie ubrani...? Dowiedziałam się kilkadziesiąt km dalej...





Taka pamiątka...Kupiłam, założyłam, ale potem zdenerwował mnie jeden pan Ukrainiec, więc zdjęłam...



"Young, strong & crazy". No i patrioci...


Lwowski street art...


Zdjęcie ślicznych dzieci podczas zabawy w wojnę...Rzecz "normalna", kontekst polityczny jednak sprawił, że zdjęcie jest jednym z moich ulubionych (z około tysiąca...), które zrobiłam podczas tej wyprawy.

 

Dlaczego zdjęłam "ukraińskie" kolczyki..? Wjeżdżam na teren obiektu sakralnego - nie zdążyłam nawet zarejestrować, czy to kościół, czy cerkiew (nie chodzi o cerkiew ze zdjęcia, tamtego obiektu sfotografować nie zdążyłam..). Interesowało mnie nabożeństwo. Bynajmniej nie chciałam stawać obok tych ludzi, gdyż zdawałam sobie sprawę, że mój "look" nieodpowiedni (odkryte ramiona, na rowerze). Chciałam raczej tak z dala (aż tak "strasznie" nie wyglądałam, myślę, że niejednokrotnie można spotkać osoby mniej odpowiednio ubrane..). Zeszłam z roweru, a tu pojawia się pan, który pcha mój rower i mówi: "kuda kuda" z furią w głosie i psychodelą w oczach pokazując na bramę. Ja powiedziałam tylko: "Dobra już idę", bo bynajmniej nie chcę w żaden sposób urazić czyichś uczuć religijnych etc. Mimo wszystko było to dziwne. Po pierwsze byłam kilkanaście metrów od ludzi biorących udział w nabożeństwie (poza tym oni mnie nie widzieli nawet, bo stali tyłem, nie przeszkodziłabym na pewno, ale był jeden pan, który nie skupia się na tym po co przyszedł...). Po drugie mógł to zrobić troszkę inaczej. Miałam ochotę wskazać mu wschód Ukrainy i powiedzieć "kuda kuda"...


Wyjazd z miasta poszedł nie najgorzej (oczywiście trochę pokręciłam, popytałam, ale kierunek bez mapy miasta obrałam sama - jak trzeba często ogarniać samemu dojazdy to chyba wyostrza się zmysł orientacji w terenie..).


Pojawił się problem...Mój pedał się nie obracał...Strasznie skrzypiał, ale niepożądane efekty dźwiękowe to nic. Zmartwiło mnie to, że źle będzie się jechało i nie będę mogła pocisnąć (zwłaszcza na stojąco...). Pogrzebałam i do końca trasy miało mieć tylko momenty nieobracania...Na luzaku psychicznym kierowałam się na przejście graniczne w Budomierzu, bo chciałam odwiedzić znajomych mieszkających nie daleko tego przejścia. Poza tym nie lubię tą samą trasą. Chciałam zobaczyć więcej Ukrainy.




Hotel Warszawa...




Zatrzymałam się na obiad w przydrożnym barze na jednej z ukraińskiej wsi. Pytam, co można zjeść. Pani wymienia. Usłyszałam: barszcz. Zamówiłam (coś z kuchni ukraińskiej wreszcie). Czekając na ten barszcz pomyślałam, że o taki klimat też mi chodziło...Wydał mi się taki autentyczny...Porcja ogromna, fajnie podana a i cena była obłędna (około 2,50 zł..).


Kościół z XVI wieku...


..i piękna, majestatyczna cerkiew.


Kolejna w tym mieście.


Było pięknie -  ciepło, ale nie za gorąco, do granicy nie daleko, ale w pewnym momencie zaczął padać dość spory deszcz. Na przystanku włożyłam długie legginsy, stuptuty i postanowiłam jechać w tej ulewie (myśląc, że nawet jeśli będę jechać powoli to 17km/h to szybsze tempo niż...0km/h - gdybym postanowiła przeczekać - nie wiem ile to przeczekanie miałoby trwać..może do rana..). Jeśli do dyskomfortu jechania podczas ulewy można przywyknąć to błyski i grzmoty trochę przerażały. Stwierdziłam, że nie są zbyt intensywne, więc jadę (z miejscem na zatrzymanie i tak było kiepsko). Jeśli zwiększą swoją intensywność, częstotliwość zatrzymam się w jakimś bezpiecznym miejscu (zakładałam, że takie znajdę..).  Po drodze zatrzymałam się w sklepie, żeby kupić coś do jedzenia. Tylko hrywny się kończyły...Do jednego produktu zabrakło mi 3...Pytam, czy mogę polskimi, pani odpowiada, że nie zna się na naszych pieniądzach...Ja oferuję 10 zł (za coś wartego 12 hrywien..kilkukrotne przebicie, bo hrywna za 17 groszy) - "papierek", więc spokojnie wymieni. Pani nie była zainteresowana, ale powiedziała, żebym dała te 9 hrywien...To dałam, ale dorzuciłam 1 euro, żeby pani nie była stratna. Pani wzięła i wrzuciła do kasy (nie dołożyła batonika, jak pani we Lwowie..). Zdziwiła mnie kwestia niezainteresowania polskimi pieniędzmi (zwłaszcza, gdy daje zdecydowanie więcej), bo była to wioska blisko przejścia, ale gdy pytałam o przejście to druga sprzedawczyni nie wiedziała, czyli chyba nie podróżują w tym kierunku...W tym miejscu miałam odbić, żeby dojechać do przejścia granicznego w Budomierzu, a nie Rawie-Ruskiej. Ruszyłam, dopytałam innych ludzi, wyszło, że mogę odbić później (i tak wolałam zrobić niż wracać się).


Po drodze mijałam dużo pięknych pasących się na łąkach koni.


W pewnym momencie widzę pięknego pana w samochodzie straży granicznej. Podjeżdżam taka przemoczona i w ogóle, pytam o przejścia. Podszedł drugi. Mówię, że interesuje mnie dostanie się do Budomierza i na to przejście się kieruje. Pan mówi, żebym tam nie jechała, bo połamię rower...Zwłaszcza po tej burzy, że droga fatalna, dziury, które będą pełne wody, żebym raczej kierowała się do Rawy-Ruskiej (główna droga). Pytam, czy tam spokojnie przejadę. "Polaczka?" "Polaczka." "To puszczą". Roweru połamać nie chcę, ani pływać w kałuży, więc jadę do Rawy...Polaczka jestem, więc luz...Właśnie ci panowie wyjaśnili mi dlaczego tak wielu ludzi nosiło w ten dzień etniczne stroje...W pewnym momencie a'propos jakiejś kwestii jeden z nich mówi, że dziś święto. Ja: "No właśnie..jakie? Bo wszyscy w takich ubraniach". "Święto wyszywanek".

Wymieniłam jeszcze zawrotną kwotę - 20 zł i zrobiłam całkiem spore zakupy, jak na tyle pieniędzy...W Polsce nie miałabym tyle za 20 zł (cudowna Ukraina..)...Zakupy byłyby większe, gdyby nie fakt, że wszystko miało być przewiezione na moich plecach i że są pewne formalne ograniczenia, co do niektórych towarów...


Opuściłam miasteczko. Jadę już do punktu granicznego...Ukraina żegna...


...ale panowie celnicy nie chcieli...Wjeżdżam w ogóle gdzieś z samochodami...Widzę budkę, przebiegam przez ulicę ze sprawą, że ja do Polski chcę...A tu...przejście samochodowe tylko..."Ale panowie ze straży przed Rawą mówili, że przejdę"...Nie.."Ale to co ja mam zrobić..?". Pan bierze paszport sprawdza, dzwoni do przełożonego..Nie..."Chciałam do Budomierza, ale powiedzieli, żebym tutaj się kierowała. Teraz straciłam dużo czasu. Mam jechać w nocy? Tam podobno kiepska droga". Pan nie-celnik: "W Budomierzu to samo"......yyyy....Ja dalej swoje...Mówię, że ja z Krakowa do Lwowa przyjechałam na tym rowerze (jakiś jeszcze inny pan celnik z głębi budki zainteresował się tematem i coś żartuję..). Co mam robić (po 20, ja przemoczona..zimno...). Jeden znowu bierze paszport, dzwoni. Nie. Przełożony powiedział, że nie to nie. Mówię, że przecież rower jest oznakowany (mam rachunek), jest to identyfikowalny pojazd, że ja tylko przejdę przecież...Pan nie-celnik (choć już nie wiem kto był kim...tak dużo ich tam było..jak puszczali jakieś samochody ci, z którymi rozmawiałam, to ja mówię do celnika, który stał i palił papierosa, a on zero reakcji, jak do ściany...no ok...) mówi, że nie ma rejestracji...No to ja krzyczę, czy mam jechać do Medyki (Shegini)..i jak to możliwe, że tylko jedno przejście piesze, że jestem zdziwiona, zaskoczona i w ogóle kiepskie to jest...Pojawił się jeszcze jeden, który mówi, że złapię busa. Ja "Jakiego busa..? Skąd mam tego busa łapać..?". Myślałam, że busa do Shegini, że gdzieś jest przystanek (nie bardzo mi moja wyobraźnia pozwalała na to, by gdziekolwiek w tym miejscu i sytuacji umiejscowić przystanek busów...przejście samochodowe to ludzi bez samochodów nie ma przecież..), a pan celnik (który był strasznie poważny i taki surowy) mówi, że busa, żeby mnie przewiózł przez granicę z tym rowerem (takiego prywatnego gościa jakiegoś z dużym autem..), że zapłacę..Mówi jeszcze, że w ogóle to nie mogę tu stać, żebym poszła na taką wysepkę, że on mnie zawoła...To poszłam...i kucnęłam...i tak czekałam...Patrzyłam, czy nie nadjeżdżają jakieś busy..Nadjechał jakiś na polskich rejestracjach podbiegłam, zapytałam na szybko, miejsca nie było. Czekam dalej. Oczywiście wsiadanie do kogoś obcego o zmierzchu na Ukrainie średnio mi się podobało, ale co miałam zrobić..Nagle pan surowy i poważny celnik mnie woła..Znalazł ukraińskiego pana z busem na pusto. To pakuję się...Pytam ile to będzie kosztowało, żeby było wszystko jasne. "Nic nie będzie kosztowało". Akcja mnie przeraziła, piszę smsa, że tak przekraczam granicę, że chcę, jak najszybciej wysiąść, Pan jechał do Rzeszowa przez Jarosław, ale ustalaniem, gdzie ja wyskoczę mieliśmy się zająć po wszystkich kontrolach. Już przy tych kontrolach widać było, że pan jest gentelmenem, ale różnie może być...Okazał się niesamowitym! Martwił się, że nic nie jadłam, a potem jeszcze kawałek drogi przede mną, czy nie chcę się zatrzymać. Podwiózł mnie do skrętu na Lubaczów, czyli tylko kilkanaście km od moich znajomych, wytłumaczył gdzie teraz. Chciał dać czołówkę, ja mówię, że mam swoją. "Na pewno?". Wziął numer telefonu, żeby rano zadzwonić, czy wszystko ok. Zadzwonił dokładnie po to...Potem sobie myślałam, że jestem farciarą biorąc pod uwagę dojazd nocą i ten powrót.


Wysiadłam i ruszyłam w mega ciemność...Nie było widać nic...Martwiło mnie tylko, że telefon mi się rozładuje (bo zmierzało ku temu..) i bez wskazówek koleżanki, która zamiast spać czekała na mnie, nie znajdę domu znajomych (wcześniej odkąd się przeprowadzili w to miejsce nie miałam okazji u nich być, więc nie wiedziałam gdzie dokładnie..). W Lubaczowie musiałam obrać kierunek i miało być już prosto. Troszkę źle skręciłam (zmyliło mnie, że jedna miejscowość, miała odgałęzienie..),  ale wróciłam i jechałam. W twarz uderzała mnie mżawka...Gdy rozmawiałam z koleżanką przez telefon zaczęły gonić mnie psy, których nie widziałam nawet...W pewnym momencie miałam zobaczyć machającą latarkę (tak mnie to rozbawiło..północ, a ja przez moje wariactwa "zmuszam" ludzi do wymachiwania latarką na zewnątrz podczas mżawki..chyba zresztą przez tę jazdę w deszczu i w ogóle wszystko byłam taka trochę zmęczona i dziwnie reagowałam, ale tempo miałam świetne, bo mi głupio było tak sobą kłopotać..). Dotarłam (bez tej latarki bym przejechała). Dostałam kolację i ciepłe łóżeczko. Poczułam jakąś taką pokorę (że piękne to wszystko...ten dzień był piękny - ani sekundy nie żałowałam, że jestem właśnie tu i teraz - choć taki trudny i w ogóle kończy się cudownie).


DYSTANS: 95 KM 
(..o ile dobrze pamiętam..chyba tak..taki nie duży, bo spory kawałek przejechałam samochodem).


DZIEŃ CZWARTY

Miałam wracać już tego dnia, ale było mi tak dobrze u znajomych. Taki fajny totalny chillout. Nie chciałam się spieszyć. Miałam trochę pojeździć po okolicy, w czasie, gdy znajomi będą zajęci, ale późno wstałam... Niestety też padało, było zimno, więc tak na silę nie będę, rezygnując z czasu z koleżanką, do której przyjechałam...Wyszedł dzień bez roweru.


Jednak okolice pozwiedzałam.



Właśnie to było magiczne w Kresach...





A potem jeszcze Horyniec-Zdrój, ale padła bateria...


DZIEŃ SZÓSTY

Piękne konie, cudowny czas u znajomych.




Po obiedzie, około 13 ruszyłam do Jarosławia, by tam wsiąść w pociąg do Krakowa.

W Lubaczowie skusiło mnie Muzeum Kresów.






 Mieszkanie mieszczańskie,..



..ale raczej to mój klimat...



 

 Trzy kultury.


Wystawa czasowa "Chleby Europy"...


..i plenerowa galeria plakatu Leszka Mądzika.


Rynek w Lubaczowie.






W Jarosławiu wchodzę do zastępczego dworca, opieram rower, idę do kasy po bilet, a pan od toalet komentuje, że rower oparty kierownicą o ścianę brudzi ją...Ja zdziwiona pyta: "Rączka..? Taka miękka...eee...". Pan: "No eee...". I się czepia. A nie brudziło nic...Jakaś dziewczyna skomentowała negatywnie zachowanie pana, bo nic a nic nie brudził. Tak na siłę się czepiał...Następnie idę do sklepu. Przed budynkiem nie było gdzie przyczepić roweru, więc daje go do sklepowego przedsionka myśląc sobie, że fajny sklep, bo można tak zostawić rower, a pan sprzedawca, że nie wolno z rowerem. Na co ja narzekam, że na infrastrukturę...że nie ma gdzie przyczepić. Pan, że jego to nie interesuje, do jego sklepu nie wolno wprowadzać rowerów. Powiedziałam, że zrobię szybko zakupy i że ten rower dla mnie jest bardzo ważny..No to pan pozwolił ostatecznie (mi jako kobiecie, ale "jak widzę jak panowie wprowadzają to mnie telepie"). Uwielbiam to....Jeszcze na dworcu zjadłam cały prowiant na drogę...


Wsiadłam, wstawiłam rower do przedziału rowerowego, ja usiadłam w przedziale obok i ruszyłam do domu...


DYSTANS: 67 KM
 Dokładnie nie pamiętam, ale wychodzi, że właśnie tyle, jeśli całość wyprawy 593km, bo tyle było. Jest to nie duży dystans, ale nie chodziło o nabicie km tylko o zwiedzenie cudownego miasta, pokręcenie trochę po Ukrainie i ogólnie o przejażdżkę oraz cudownie spędzony czas, który zaowocował satysfakcją i mimo wszystko pięknymi wspomnieniami!
Zdecydowanie to polsko-ukraińskie kręcenie mnie pozytywnie nakręciło..!

Komentarze

  1. podziwiam i zazdroszczę, bo chyba masz większe jaja ode mnie:d nie wiem, ciężko mi wyruszyć tak bez zorganizowania i jechać z myślą - będzie co będzie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje wytrwałości! No cóż, przepisy to przepisy i celnicy na granicy się ich raczej trzymają. Co z pedałami? Łożysko zatarte czy kontra puściła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wystarczyło nasmarować. Teraz w Kosovie miałam tak samo, pedał się prawie całkowicie przestał kręcić, ale miły kosovski dżentelmen uratował..

      Usuń
  3. Przeczytałem i obejrzałem relacje z poszczególnych dni wypadu do UA. Jak zwykle ciekawe foty i wciągające opisy. :) To co mnie zdziwiło najbardziej, to problemy z przedostaniem się z rowerem przez przejścia graniczne. Ciekawe po co Ukraińcy robią taki cyrk z tego. Jakaś postsowiecka mentalność? A przecież aspirują do UE itp... A poza tym - trudno nie być pod wrażeniem zawartość spontanu w twoich wycieczkach. Prawdopodobnie niedługo wpadniesz na pomysł, żeby pojeździć sobie samotnie rowerem po Chinach. :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postsowiecka mentalność? Przejście działa tak w OBIE strony.

      Usuń
    2. Chiny nie do końca mnie ciekawią, choć kto wie, kto wie...teraz wróciłam z Bałkan (tym razem nie samotna wyprawa..) i jestem zakochana w tych pięknych choć trudnych terenach. Co do przekraczania granic..teraz miałam fajną przygodę z rewizją na granicy Serbia-Węgry, bo pan celnik zobaczył pieczątkę z KOSOVA...i najpierw zagaduje a potem, jak zobaczył ten stamp oczka mu się zaświeciły i przegrzebał każdą kieszeń sakwy...

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Przedwczoraj wróciłam z bałkanskiej przygody. MAGIA. Serbia, Kosovo, Albania, Czarnogóra, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina. Relacje wrzucę z opóźnieniem zapewne, bo za dużo pięknych miejsc, przygód, żeby tak na raz ogarnąć...Nie wiem, jak teraz będę funkcjonować bez podjazdów (Albania wygrywa..bo tam byłam stricte w górach, zresztą ten kraj to 75% gór, choć wszędzie było w górę, takie są Bałkany..).

      Usuń
    2. no to czekam na relację z tych pięknych miejsc

      Usuń
  5. Wow - nie było mnie tu troszkę a tu takie rewelacje!

    OdpowiedzUsuń
  6. Miałem identyczne przejścia z pogranicznikami i jak kretyn jechałem od przejścia do przejścia zaczynając także od Rawy a kończąc na Medyce. Mi to zajęło 2 dni ale za to poznałem ciekawe tereny.
    Mam nadzieję, że zobaczymy jak funkcjonują przejścia graniczne w Azji czyli gdzieś na Kaukazie gdzie ruch samochodowy jest dużo mniejszy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ukraina - podziwiam za odwagę :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty