Zimowy Czeski film - 312 km (na raz!)




6/7lutego 2015

3 dni wolnego - miała być dłuższa wycieczka. Zaplanowałam Słowację. Wcześniej wizyta w serwisie po nowy łańcuch. Kupiłam. Ruszyłam, ale strasznie skakał. Wróciłam wymienić kasetę. Zrobiło się dość późno, więc stwierdziłam, że ruszę następnego dnia. 
Tak też zrobiłam - wyjechałam po 14 - trochę późno, ale miałam do przejechania tylko około 100 km, potem miałam znaleźć nocleg przed granicą, żeby piękne tereny Słowacji podziwiać w dzień.
Trasa niekonkretnie, ale mniej więcej ogarnięta, więc jadę...



 Śliczna Lanckorona - już robiło się ciemno. Jednak jest luty, więc dzień krótki, choć godzina jeszcze młoda...Kierowałam się do Suchej Beskidzkiej.


 Od tego miasteczka miałam około 7 km do Suchej, jak powiedział gość, który mnie zagadał. Mówił, że pokazałby mi skróty przez las. Ja - nie nie, jest ciemno wolę 'oficjalną' drogę, bo się pogubię...Mówiąc to pokazał kierunek tych skrótów, czyli de facto miasta. Ruszyłam jednak tą 'oficjalną'.


Jadę więcej niż 7 km, a Suchej Beskidzkiej nie ma...Nagle powiat Wadowicki - hmmm, ale za chwilę Suski to chyba ok...


A tu nagle: Wadowice....Coś nie tak...Gdzieś nie skręciłam i wylądowałam w mieście, które w przeciwnym kierunku...


Pojechałam do centrum. Wyciągnęłam mapę (...i ptasie mleczko...) i rozkminiam co robić dalej. Jest ciemno tam góry, pogubię się...Będzie późno, nie znajdę noclegu o tej porze. Nie wracam do Suchej. Stwierdziłam, że ruszę do..Bielsko-Białej...


W sumie tą trasą już jechałam prawie 3 lata temu, więc nie do końca byłam zadowolona. Poza tym momentami mój łańcuch przeskakiwał, a ja lubię 'pocisnąć'...(Na kolanach mam straszne siniaki...).


Kety. Dzwonię do rodziny, że troszkę mi się zmieniły plany, że jestem 15 km od Bielsko-Białej - duże miasto, jak będę chcieć to pójdę spać, bo nocleg na pewno się znajdzie. (Troszkę źle reagują na moje nocne jeżdżenie na dłuższe dystanse...).


Województwo Śląskie.



Jest Bielsko-Biała. 


Cudowny widok na miasto nocą (...'trochę' się rozmazały światła miasta, ale na żywo ten widok był świetny).


Centrum.Wcześniej na stacji postanowiłam, że jadę do hostelu, idę spać. Kupiłam nawet piwo, żeby przed snem wypić. Spytałam ludzi o ulicę, na której miał znajdować się hostel, wytłumaczyli - pytam jednego gościa, zaangażował się drugi w tłumaczenie, a ja...ulicy nie znalazłam, więc usiadłam i patrzę na mapę dalej myśląc raczej o noclegu, choć nie tak radykalnie...


 Nagle jakiś miły pan pyta, czy mi pomóc, no to spytałam o wyjazd do Cieszyna (kiedyś miałam duży problem ze znalezieniem wyjazdu na to miasto - naprawdę duży...Tak, że trafiłam do Cieszyna na zarezerwowany w schronisku młodzieżowym nocleg o 4 rano - pan łaskawie wpuścił, choć w schroniskach powinno się być do 22...-  ludzie na drugi dzień mnie oglądali, jak jakieś zjawisko...). Wskazał wyjazd (przy okazji opowiedział o ukrytych atrakcjach Bielsko-Białej - nie zajmował się tym profesjonalnie, choć tak brzmiał - dał wizytówkę zapraszając na grubsze zwiedzanie, jak będę następnym razem w mieście). Standardowe pytanie co to za akcja, że w nocy na rowerze, że z Krakowa...Jest luty...W sumie tak...
Tym samym decyzja o jechaniu kolejny raz w głębokiej nocy podjęła się jakby sama...Ruszyłam...


Do Cieszyna było blisko. Wstąpiłam jeszcze na stację na kawę spotykając jakichś panów...Niby mili, ale trochę creepy (słyszenie pewnych rzeczy w takich sytuacjach nie jest fajne...źle nastraja...jeśli w 'normalnych' warunkach w jakimś sensie czasami to lubię, jak zapewne każda kobieta, bo zaspokaja kobiecą próżność to kontekst sytuacyjny zmienia podejście na totalnie przeciwny...) biorąc pod uwagę porę i w ogóle...Trochę pogadałam (jeden pan w pewnym momencie zaczął tworzyć jakąś historię, jak z romantycznego filmu w sensie takiego freaky spotkania, że on przyszedł na tę stację, bo wpadł z Londynu do domu rodzinnego i spotkał mnie...) dopijając tę kawę i ruszyłam (choć panowie pytali, czy nie potrzebuję noclegu, podkreślili, że nie ma tu żadnego kontekstu, że w domu ich rodziców...jednak nie skorzystałam...). 
W pewnym momencie rozpętała się straszliwa wichura. Nie był to silnie wiejący wiatr. To była wichura. Znowu wstąpiłam na stację - nie spieszyło mi się, a wręcz celowo spowalniałam, bo nie chciałam być w środku nocy w Cieszynie, raczej nad ranem. Wichura była taka, że jak w końcu po zjedzeniu czegoś zdecydowałam się ruszyć nie było możliwe jechanie pod górę, kroczenie było ledwo możliwe...Trochę (..celowo..?) się gubiłam na jakichś zjazdach, rozjazdach - trenowałam moją orientację w przestrzeni. Niesamowita rzecz - będąc w jakimś miasteczku, do którego wjeżdżam niepotrzebnie, potrafię sobie nieźle wykminić, że powinnam jechać w tym kierunku będąc nie wiadomo gdzie, ale czasami jednak mylę kierunek (tak jak w przypadku Suchej..)...Dziwna skrajność...Tym samym nie wiem, czy mam super orientację, czy jestem 'typową' kobietą w tym względzie...Potem już obrałam taki ostateczny kierunek na Cieszyn przez fajny, bardzoooo ciemny podjazd i po 164 km...

.
...wyłonił się.


Dalej ciemno. W lecie już zbliżałby się wschód słońca...W zimie jeszcze parę godzin do tego zjawiska...Usiadłam na tej ławce łykając energetyka. Jakieś samochody jeździły, a ja tak siedziałam...Taka z kosmosu z tym rowerem...


Przewaga jeżdżenia nocą w lecie - jest jednostajnie jeśli chodzi o temperaturę. Podczas tego tripu: jechałam ciepło, siadałam - zimno (mimo, że ciepły luty to jednak wciąż luty...noc podczas której temperatura spada), więc momentami jeździłam w kominie na twarzy...Ale za chwilę robiło mi się ciepło i musiałam zdejmować i tak milion razy....


Pojechałam ścieżką rowerową na ten świecący most...


 ...i znalazłam się w Ceskiej Republice.


...a dokładnie w Ceskim Tesinie.


Stwierdziłam, że jednak pojadę do centrum polskiego, bo lubię to miasto. Lubię też to 'główne' przejście.


Liczyłam również na to, że może jakiś kantor będzie czynny...Wymienię złotówki na czeskie korony, żeby chociaż wypić kofolę, którą bardzo lubię...Niestety wszystko wciąż pozamykane...


Bardzo lubię to ładne miasteczko! Była to moja druga wizyta rowerowa w tym mieście. Kiedyś jedna z nierowerowych była dość dziwna....Wracałam z 3-dniowej przejażdżki (nie bicyklowej...) po 3 państwachh (jeden dzień jedno państwo - Słowacja->Bratysława. Austria->Wiedeń, Czechy->Brno) i wylądowałam tutaj w nocy. Miałam takiego freaky odprowadzacza Czecha, który szedł po mieście w białych skarpetkach, bo miał nowe, za małe buty...i tak szłam z nim rozmawiając 'polsko-czesko' w środku nocy po pustym mieście (btw, dobrze, że mnie odprowadził...choć to on wyglądał jak recydywa - cały w dziarach...). Mówił, że nie przechodzi na polską stronę...że jest teraz tutaj pierwszy raz od dłuższego czasu....jakieś awantury...porachunki...Miłe, że ktoś robi coś specjalnie dla mnie...jeszcze na boso....



Z czeskiego Cieszyna ruszyłam do Karviny. W pewnym momencie pojawiła się cudowna ścieżka rowerowa.



Wschodziło słońce. Piękne niebo - naprawdę piękny wschód słońca (pisałam to pewnie 100 razy wcześniej - uwielbiam wschody słońca w trasie..). Właśnie zależało mi, żeby czeskiego odcinka nie jechać w nocy, bo akurat tędy jeszcze nie jechałam. Idealnie sobie to rozplanowałam (a raczej idealnie 'nierozplanowałam'...).



Ścieżka naprawdę była klimatowa.



Taki przekaz z czeskiego muru... 


Fajne miejsce, żeby wypić kolejnego energetyka.


W Karvinie (chyba, że to coś dalej nawet, bo w sumie znaku nie mijałam..ale chyba jednak Karvina) są fajne ścieżki rowerowe. Zresztą już kiedyś jadąc do Ostravy miałam takie spostrzeżenie...Wtedy zachwycałam się ścieżkami w uroczym miasteczku - Havirovie. 



Potem zaczęłam szukać Polski (bo jadę z odwrotnego kierunku, z którego przyjechałam a tu znak, że Cesky Tesin - kilkanaście km stąd - o tym pisałam z tym myleniem kierunków...ale to chyba jakaś inna trasa była...dziwna akcja..). Szukałam jej wśród ogródków działkowych, obok jakiejś fabryki bla bla bla, ale nie było jej tam...Wróciłam widzę: Hranice...To ruszam w tym kierunku. Znowu szukałam..Np w polach...Gdzie te Hranice...?



W sumie obrałam dobry kierunek. Dopytałam jakiegoś Czecha wyprowadzającego psa na spacer (tak dużo ludzi z psem na porannym spacerze nigdy jeszcze nie mijałam, jak podczas tej przejażdżki...). Mówi mi, że mogę tu, mogę tu 'jak chcesz'...Czyli jestem blisko...i mogę jechać jak chcę...


Znalazłam! 


Choć trochę ciężko było znaleźć tę Polskę...Tak, jak czasami ciężko jest znaleźć coś w mojej sakwie...


Ale w końcu zawsze się znajduję...Polskę znalazłam w Gołkowicach.


W gminie Godów.



 Jadę do Jastrzębia-Zdrój. Dojechałam, ale się zajechałam do Mszany...Nie było znaków na centrum.


Wróciłam. 


Takie przemysłowe miasto, choć przyznam, że w tym momencie mnie tak średnio interesowało miasto, ale...


 ...interesowało mnie, czy ten Lidl oddalony o 400 metrów będzie czynny (był niedzielny poranek).


W Polsce ludzie też wyprowadzali psy na spacer...


Są i ścieżki rowerowe.





Lidl był czynny. Hurra! Kupiłam jedzenie i usiadłam, jak bezdomny na krawężniku...Tym bardziej, że ogólnie chyba tak kloszardzko wyglądałam...Ale who cares..?



Właściwie to stwierdziłam, że mogę tu wsiąść w pociąg, ruszyć do Katowic (bo bezpośredniego do Krakowa na pewno nie będzie) i stamtąd do Miasta Królów. Pytam, gdzie tu jest dworzec kolejowy. Tu nie ma dworca...Postanowiłam, że ruszę do Żor, potem przez Mikołów i do Kato, ale...


...nie wszystko da się tak przewidzieć i wyszło, że jadę do Pszczyny, a potem do Tychów i do Kato.


 Droga była fajna. 


Gdy po mojej lewej stronie w oddali widziałam taflę wody to tak bardzo bardzo bardzo chciałam tam podjechać, być blisko niej...Nie wiem o co to chodziło, czy jakaś tęsknota za morzem (..zza zakrętu, jak w Czarnogórze...)? Tak łapczywie zerkałam, gdzie będzie jakiś zjazd...



Pozytywnie nie wyłączaj mi tego, w tym, że jest dobrze, chyba nie ma nic złego
- to akurat mi leciało w słuchawkach...Mimo, że troszkę sen się upominał o siebie właśnie tak czułam...



Wyjechałam w Łące i zobaczyłam takie 'miśki'.


Przeurocze te krowy - nic tylko przytulić, ale był elektryczny pastuch i... 


 ...ta jedna tak na mnie dziwnie patrzyła...


 Pszczyna ma bardzo ładny rynek (w końcu jest nazywana czasami perłą Górnego Śląska).



Pogoda, jak na zimowy miesiąc była obłędna. Dużo ludzi kręciło na rowerze tego dnia.



Okazało się, że muszę szukać starej drogi (a niby taki prosty wyjazd na Katowice, był znak - nie...tzn tak, ale nie dla mnie - nie dla rowerów...). Znalazłam. Fajna.

Byłam po dystansie 250 km (i przede wszystkim już powinnam spać...), ale przyjemnie mi się cisnęło po tej drodze (łańcuch nie przeskakiwał już). 
Skąd we mnie ta energia..? Aż sama się zastanawiałam nad tą kwestią...Bo niektórzy widząc mnie taką chudą (cytując..) zadają takie pytanie...Ale ja nie wiem...Nic nie wymyśliłam...


Wyszło, że jadę na Bieruń i stamtąd ruszę sobie do Tychów.


Takie znaki zjadają mi czasami czas. Sprawiają, że wyjmują mapę i się zastanawiam, gdzie jechać. Trochę ten Oświęcim mi zamotał - czy na pewno na Tychy...?...Ale jednak stwierdziłam, że tak, że chcę Tychy...Tylko, jak ruszyłam w ich kierunku to okazało się, że mamy zakaz dla rowerów....Ech...A tak się nakręciłam na to miasto...Potem zaczęłam się zachowywać, jakby mój mózg nie do końca funkcjonował prawidłowo....Opracowałam fajną trasę -  po kilku km skręcam na Chełmek, potem Libiąż, Chrzanów i wbijam w pociąg, ale...

 .
...skusił mnie Chełm Śląski...


 Tylko, że jak byłam w Lędzinach stwierdziłam, że pojadę do Mysłowic i tam w pociąg...Pani mi mówi, że ponad 20 km to stwierdziłam, że nie będę się tyle cofać i przecież chciałam Chełm Śląski...Ale trochę myślałam, że byłabym już w tym Chełmku, czyli ciut bliżej mojego łóżka,  gdybym nie kombinowała...


Trafiłam do tego miasteczka i tutaj też pokręciłam trochę szukając Chełmka. Pytam w końcu pana, a on, że niedaleko jest skręt, ale pod górę.  Nie wiem, jak ani jeździ (...) Polecam kolejny. Czy ja naprawdę wyglądam, jak pani, która nie wjedzie na lekki, krótki podjazd..? Jejku...Wybrałam ten z podjazdem...Podjazd był naprawdę krótki i raczej lekki...Chyba naprawdę nie wyglądam...


Trochę mi się chciało spać...Chciałam już moje województwo...


...i powiat Chrzanowski. Libiąż...Chrzanów...


W Chrzanowie miałam ok 1,5 h do pociągu (nie chciało mi się już na siłę jechać), więc poszłam na zapieksa...i kawę...



Jestem oldschoolowa...Jeżdżę używając mapy i...mojej orientacji...i 'ludzi'...Przy takich tripach, w których de facto nie ma ściśle określonego celu - jest to fajne...


DYSTANS: 312 KM

Komentarze

  1. Jestem pelen podziwu-luty i tyle jazdy?Do tego samotnej?Twardy herbatnik z Ciebie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. No właśnie fajny luty, że można tak całą noc jechać i jechać.

      Usuń
  2. Przede wszystkim jesteś niemożliwa!
    Ja też chcę trzysta na raz, na razie mój rekord to dokładnie 100 km mniej od tego Twojego tripu.
    Wspominałem, że przy takim dystansie to Twój rower powinien mieć już przynajmniej trzeci łańcuch? Dlatego jak się rozciągnął do granic możliwości to rozwalił Ci kasetę. No, ale jak nowy się ułożył i pracuje po zębatkach korby to jest OK.

    Pozdrower

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie - jest to mój trzeci łańcuch (drugi jeszcze po 11 tysiącach działał, ale był w kiepskim stanie...pierwszy pękł po 9 tysiącach..). Właśnie przez pierwsze 150 km byłam wściekła, bo ciągle się uderzałam - mam straszne siniaki na kolanach, ale na szczęście jest już ok.

      Usuń
  3. Muszę koniecznie poznać i się kiedyś z Tobą przejechać. Może trasa Kraków-Babia Góra-Kraków?
    Mega rowerowy świr z Ciebie, tak trzymaj!

    Pozdrower - kamfan

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma problemu. Można na Babią wjechać legalnie? Trasa brzmi fajnie, więc ja jestem chętna, jak najbardziej.

      Usuń
    2. Można na przełęcz Krowiarki. Na sam szczyt nie wjedziecie ;)

      Usuń
  4. Pięknie i do tego w zimie! Szczerze gratuluję i podziwiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej! Fajny wypad. Podziwiam, tym bardziej, że jest luty i co za tym idzie jest chłodno. Ja w zimie jeszcze żadnego dłuższego dystansu nie zrobiłem. Zima to dla mnie okres kiedy jeszcze tylko po to by nie stać w miejscu i coś się rozruszać. Ale jak widać da się :) Też byłem na Słowacji w tamtym roku. Ciekawy, trzydniowy trip. Jest u mnie na blogu relacja.

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam. Fajna wyprawa :) i blisko moich terenów:). Gdybyś zdecydowała sie na Tychy to jechała byś w sniegu bo u nas śnieg:) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hehe ale ze mnie łoś xD przecież to z tamtego roku :):)

      Usuń
    2. No właśnie z tamtego niestety. W 2017 nie zrobiłam jeszcze sobie takiej dłuższej przejażdżki..ech...a w Tychach później byłam (nawet zrobiłam posta, bo to był fajny trip), ale muszę się wybrać jeszcze raz, bo nie odwiedziałm tego, co chciałam..

      Usuń
  7. "Zakręcona" z Ciebie ROWERZYSTKA 🚴
    Podziwiam i gratuluję "spontanicznego" wyczynu !!!
    Zazdroszczę takiego luzu i serdecznie pozdrawiam z Łodzi 😁

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Pozdrawiam (Btw, Łódź zwiedzałam, jak jechałam sobie na rowerze nad morze w 2014 - fajne miasto! Klimatowe. Oczywiście nie mogę za wiele się wypowiedzieć, ale z tego co tam pokręciłam to takie się wydało. Tylko po Bałutach po kawałkach O.S.T.R.-a to spodziewałam się..getta (w sensie takim "amerykańskim", a tu nie...Właśnie a'propos muszę wrócić pozwiedzać Getto Łódzkie, wtedy nie miałam czasu, a może nastroju, nie chciałam tak "na szybkości", bez refleksji).

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty