Korona Gór Polski cz.2 - Turbacz (1310 m)

2 kwietnia 2016

Na Turbacz wjeżdżałam drugi raz. Wcześniej 3 lata temu wjechałam na starym15-letnim rowerze marki żadnej...Rower jest ważną kwestią, ale zajawka ważniejszą. W czasie zjazdu można było się obawiać, że coś odpadnie, ale jedyne co wtedy się "zepsuło" to...moja plomba - wypadła mi z zęba...Tak trzęsło...Ale rower pozostał bez szwanku...Samego wjazdu na nim nie wspominam męcząco.

Tym razem pojechaliśmy inną trasą niż wtedy. Wyruszyliśmy z osiedla Rzeki w miejscowości Lubomierz w gminie Mszana Dolna. Tak sentymentalnie dla nas - tu spędzaliśmy wakacje, jak byliśmy dziećmi...

Ostatnie poprawki...Ja w tym czasie popędziłam do sklepu, z którego zapomniałam okularów. Potem o mały włos nie zapomniałam aparatu z samochodu...
Usłyszałam: Nie zapomnij swojej głowy...Nogi chyba ważniejsze w tym wypadku...


Wjeżdżamy na teren jednego z 23 parków narodowych w Polsce, utworzonego w 1981 roku.


Mamy szlak niebieski na Przełęcz Borek,...


...ale czerwony jest szlakiem rowerowym tylko, że...


...został on zamknięty. Do odwołania...


Jedziemy. Było trochę śniegu...Słońce świeciło...


Właściwie to było nawet gorąco.


Nie wiedziałam, czy to lato (te promienie słoneczne...), czy zima (ten śnieg...).


Potok Wspólny usytuowany 950 m npm.


Objawiło się nam trochę więcej śniegu, ale jechało się po nim całkiem fajnie.


Radość, jak u dziecka przed przejazdem przez rzeczkę...


Przejeżdża...


Przyznaję się, że wybrałam most...Choć nie chciałam fotki na moście (żeby nie było, że jestem takim "leszczem", co nie przejedzie przez rzekę...).


Rzut oka na mapę.  O tak pojedziemy!
 Jak wspominałam w poprzednim poście, nie uczestniczę w planowaniu tych górskich tras. Ufam i wierzę...


Całkiem przyjemna Przełęcz Borek (1009 m npm). Znajdują się tam ławeczki, na których siedziało kilku turystów...


Przed nami śliskie stopnie. Fotka tego nie prezentuje, ale tu nie było tak płasko, jak się wydaje...Tym samym to, że było ślisko "trochę" utrudniło jazdę...


Śniegu było całkiem sporo...Do tego był on taki "ciapciowaty". W związku z tym jazda po nim była ciężka, a momentami nawet niemożliwa...Trzeba było trochę wprowadzić...Ech...


Łyk domowego izotonika...
Oczywiście kupuję i używam tych chemicznych, ale chemia nawet z witaminami to wciąż chemia...Jeśli rozumiem picie takich napojów to odżywek "dla sportowców" nigdy nie używałam. Kiedyś dostałam w prezencie od gościa (rowerzysty-biznesmena), co wciska takie odżywki energetyczne w swoim sklepie internetowym (bo sponsorują go albo sponsorowali) i...oddałam. Wiem, że prezentów się nie przekazuje, ale mnie to jakoś tak...yyy...obrzydzało...Jakiś żel to był...Nazwy nie podaję, bo nie mam potrzeby psuć komuś biznesu, choć w sumie mój blog to mogę uprawiać tu szczerą antyreklamę (lepsze to niż nieszczere reklamy...) - jakby ktoś był ciekawy, ale obdarowana osoba z poniższego zdjęcia stwierdziła, że energii to nie dało mu wcale...Choć to trzeba brać, co 20-45 minut (opinia po jednej saszetce nie byłaby wiarygodna), czyli np podczas 300 km trasy wydaje grubo ponad stówę na jakiś żel...? Uff...dobrze, że ja bez tego mam energię...Tzn na jedzenie i tak dużo wydaje, ale dlatego, że ja po prostu dużo jem i...tym samym mam energię. Właściwie to jestem przewrażliwiona na punkcie tego, żeby nie jechać głodna. W Albanii w górach, gdzie nie było nic (sklepów, domów...tylko góry) oddałabym siebie pastuchowi kóz za kanapkę (...głupi żart...ale byłam niesamowicie głodna i miałam wjeżdżać na 1800 m npm, czy jakoś tak, żeby zjechać i znowu wjeżdżać...i wjeżdżałam, ale było ze mną źle...)...Może ktoś potrzebuje i może tak naprawdę to zdrowe (...choć ta chemia w składzie...), ale ja osobiście już wolę słodycze (moje rowerowe "paczki Mikołaja"!) które też są "z chemią" (jak większość jedzenia teraz), jeśli chodzi o taki zastrzyk energii na szybko...Jak do tej pory działało zawsze. A podryw (czy co to było..) na żel energetyczny nie zadziałał...

Brniemy dalej...


To co lubię najbardziej! - mój kuzyn jest wielkim fanem polan...

Zaiste polana była całkiem przyjemna. 
Kwitły krokusy (wybór mojego lakieru do paznokci w kolorze krokusa był przypadkowy...).


Całkiem sporo śniegu, całkiem sporo turystów (tylko samych pieszych...gdzie są inni rowerzyści..?).


Szałasowy ołtarz.


Historia poniżej.



Śniegu było naprawdę całkiem sporo i dalej on był ciapciowaty. Jechać było ciężko, ale ja cały czas próbowałam...Ja jadę! - nawet, jak za chwilę okazywało się, że najwyżej co to mogę tylko buksować...


Był też lód...


Jesteśmy przy schronisku, czyli niemalże na szczycie. 
Tutaj było dwóch panów rowerzystów. 
Byli też inni turyści, którzy mogli zrobić zdjęcie, ale przecież zawsze można też cyknąć selfie...


Już wcale nie było tak ciepło, tym bardziej, jak się ma mokre skarpetki...Ja miałam trochę - buty mi nie przemokły tylko nawpadało mi tam śniegu, jak stopa mi wpadała w jakąś "zaspę", gdy łapałam równowagę na tym ciapciowatym śniegu...Gorsza sprawa z moim kuzynem, a jeszcze trzeba zjechać i dobrnąć do miejscowości postoju...

Pisanie o tym schronisku, czy o samej górze wydaje mi się zbędne, bo mniemam, że każdy zna, każdy był (pieszo, czy na rowerze). Ale może mi się tylko tak wydawać dlatego, że ja byłam parę razy, gdyż mieszkam stosunkowo niedaleko od szlaków prowadzących na ten szczyt, więc jak chciałam sobie wyjść (czy wyjechać) na niewymagającą górę to - Turbacz...Na tej zasadzie ktoś z Dolnośląskiego mógłby tak stwierdzić o tamtejszych szczytach, o których wiem, że są i...tyle.
O samym schronisku najlepsze info tutaj: http://turbacz.net/.


Jeszcze kawałek do samego szczytu.


Jest!


Mój kuzyn stwierdził, że jest to jego ulubiony szczyt. W sumie jest w Turbaczu (1310 m npm) coś fajnego. Tak, że jak ktoś nie był to polecam. Jeśli ktoś był tylko pieszo to polecam na rowerze, bo nie jest wymagający. Aczkolwiek nie doradzałabym wyjeżdżania, jak jest śnieg, bo wtedy jest trochę wprowadzania tam gdzie można by jechać.  Choć to pewnie zależy też od wybranego szlaku. Tym, którym my jechaliśmy - w zimie, czy wczesną wiosną wjeżdżać jest kiepsko. Jak dla mnie tego wprowadzania było ciut za dużo...Ja wolę jechać! Trzy lata temu (w lecie, w bardzooo upalny dzień) to było tylko wniesienie roweru po kamieniach kilkanaście metrów w górę (chyba muszę zrobić sentymentalny post, żeby sama sobie przypomnieć tamtą trasę, bo była inna..) teraz jednak więcej...


Jadę po tym błocie wymieszanym ze śniegiem, a nagle słyszę, że źle jedziemy...


Zawracamy. Nie dużo.


Miejsce katastrofy lotniczej.


Rozwidlenie.


Zasadniczo mamy jechać niebieskim, ale to ten odcinek, gdzie rower trzeba było wnieść, więc: Pojedziemy tam (jeszcze trochę czerwonym).


O! Nie ma śniegu...Ale jest błotko! Ja mogę być cała w tym błocie, ale nie lubię, gdy mój rower jest...Najgorzej, jak pcha się to błoto do hamulców (ach te v-brake'i...)...Jednak teraz bym zaczekała na tarczówki. Wiem, że mogę zmienić, ale w sumie to pchanie się błota tam nie jest aż tak częste. Na razie mam zmienione te. 
Po ponad 20 tysiącach kilometrów eksploatacji w różnych warunkach po prostu "umarły". Nie wiem, czy to jest dobry "wynik" dla hamulców..? Jak często podkreślam, nie jestem "techniczna" i po prostu nie wiem, czy używanie dużo, często w różnym terenie, przy różnej pogodzie hamulców przez 2 lata przy wspomnianych ponad 20 tys km kwalifikuje je jako spoko, czy dziadostwo...Bardziej w sumie mi chodzi o to, czy podstawowy Cube daje coś warte komponenty (łańcuch silnie eksploatowany i niestety średnio konserwowany pękł po 9 tysiącach kilometrów; pedały zmieniałam po jakichś 17 tysiącach; kasetę tylną, która nie była kompatybilna z nowym łańcuchem, który sobie po prostu chciałam zmienić,  po prawie 20 tysiącach - wcześniej miałam dosztukowywaną ósemkę bo starłam w Bośni - jeżdżę głównie na najcięższej; przednią polecili mi zmienić po jakichś 10 tysiącach), bo sama rama spisuje się dobrze, co chyba poświadczam moimi tripami i szczęściem jakie mi dają - nigdy nie narzekałam, a rowerowo niejednokrotnie lepiej mi szło niż gościom na droższym sprzęcie.

Techniczna nie jestem, ale mogę się wypowiedzieć na temat pewnych sprzętów na podstawie mojego doświadczenia...Analizy roweru po przeczytaniu czegoś albo 10 przejażdżkach nie mają sensu. Ostatnio coś takiego widziałam i słyszałam na własne oczy i uszy! Niewiarygodna komedia. Ofiarą padł podstawowy Cube (trochę inny model niż mój, ale podobna niewysoka klasa, bo te wysokie ponoć są ok). Akcja z kosmosu: ktoś dał osobie, która zaczyna przygodę z rowerem sprzęt "z piwnicy" (totalnie niedopasowany do osoby - yyyyy....to już skreśla w moich oczach taką osobę jako kogoś kto się zna rowerach i chce pokazać innym piękno tej zajawki), potem polecił rower firmy, która płaci mu rachunki i płaci za wyprawy, który dla odmiany dopasował konkretnie. W filmiku sedno jest takie, że niskiego poziomu Cube (ten niedopasowany!) był kiepski, ktoś kto nie był wkręcony w rower poczuł różnicę, jak wsiadł na droższy dopasowany rower firmy, która mu płaci, żeby takie filmiki kręcił. Pytanie ile ta osoba przejechała na tym Cubie? Ile wypraw? Ile szczytów? Ile długich przejażdżek? Jakakolwiek...? Czy tylko kilka kilkudziesięciu kilometrowych..? Na tym Cubie jechałam np trzy doby, czyli rower musi być wygodny. Może któreś z nich się pochwalić czymś takim na jakimkolwiek rowerze? Nie sądzę. (Choć gość ma różne ekstremalne rzeczy za sobą, ale nie na słabym Cubie, więc ja jednak jestem chyba bardziej wiarygodna w sprawie słabego Cube'a). Tak, że komedia na maxa...Ale gdybym to dwa lata temu obejrzała może pomyślałabym "co ja kupiłam", jak zerknę wstecz na to szczęście, które sobie wyjeździłam tym rowerem to filmik po prostu mnie bawi...Podwójnie, bo gość 5 miesięcy temu woził mi jakiś kamień z Kuby i...oddany żel energetyczny (ja nie wiem o co mu chodziło...)...Kamień z Kuby dla laski na słabym Cubie...? No jak to..? I też stwierdził: Ja się Ciebie rowerowo boję i takie takie teksty - prawdziwe, czy kiepska (bardzo..) bajerka...? Jeśli prawdziwe to filmik jest jedną z lepszych komedii, jaką widziałam ostatnio. Ale, że dla pieniędzy można tak...? Gdzie są granice kiedy pasja zarabia na siebie, a gdzie staje się czystym biznesem? Jakby rozumiem polecanie roweru, z którego się jest zadowolonym, ale po co krytykować inny, który był w ogóle niedopasowany. Mi Cube nie płaci, więc nie jest tak, że polecam, ale mi się jeździ świetnie. Chyba widać..? Ważne, żeby dopasować do swoich potrzeb, swojej siły, swojej zajawki, swojej kasy, a nie wmawiać, że jest jeden słuszny model jednej firmy. Ekspertem rowerowym nie jestem, nie pretenduje do tego, ale mam jakieś rowerowe doświadczenie, różne akcje za sobą, więc mogę się wypowiedzieć i poprzeć to czymś a nie tylko "marką" swojego stowarzyszenia, która według mnie już staje się nijaka (nie ma tego vibe'u..), bo meritum się gubi, zostaje głównie wymądrzanie, wyprawy takie same - różne turnusy, jak w typowym biurze podróży (tego nie krytykuje, bo są tacy co sami sobie nie zorganizują wycieczki, bo nie potrafią, bo się boją i im potrzebne jest takie biuro, które zrobi to za nich; zapewni bezpieczeństwo, noclegi, nawet jakiś sprzęt, oni podpiszą umowę, zapłacą; jedyne, co krytykuje podejście tego gościa do tych ludzi - jego klientów, które usłyszałam/przeczytałam, dwukrotnie szczena mi opadła, jak można być tak nieszczerym...). A jakaś pani z tej firmy kazała mi zakładać bloga, choć bloga mam od dwóch lat...O co jej chodziło..? Jak na fotce przewinął się adres ze słówkiem "blogspot" - kolejna dziwna akcja. Tak, jak teraz "bronię" słabego roweru marki Cube, tak samo nie rozumiałam konieczności posiadania czapki za 70 zł, lampki za 500 zł, żeby poczuć piękno jazdy na rowerze, przeżyć niezapomniane przygody, więc zablokowano mi możliwość jakiegokolwiek wypowiadania się (jeszcze by nie wcisnęli komuś tej czapki...). Choć zastanawiałam się, czy to nie chodziło o to, że kamień z Kuby, zaproszenie na Cypr, do Peru (no nie interesowało mnie to z tym człowiekiem) nie cieszyły mnie (Ach to delikatne męskie ego...). Czy faktycznie za dużo się rozpisywałam (nie składając peanów...)...No faktycznie ponosi mnie flow czasami i...jestem szczera w tym, co mówię, czy piszę (a to nie każdy lubi..).
I znowu niepotrzebny tekst o złych ludziach, których spotkałam w życiu...Ale jest to zabawna historyjka. Ktoś komentował filmik, że jest to zwykłe pie...enie - Nie. Ten filmik to jest coś w stylu Benny Hilla, bo ten gość merytorycznie nie mówi wiele. Nie wspominając o tym, że z dziewczyn robi się idiotki, które patrzą na kolor...Niemerytoryczne i szowinistyczne. Ja patrzyłam na to, żeby było mi wygodnie, żeby rama była dopasowana do mnie, bo przecież i tak haratam tę ramę albo mam z błota...On ma jeździć nie wyglądać! Choć moje malowanie mi się podoba. Poza tym uważam, że nazwa Cube jest mega sexy...
Droższy na pewno lepszy, ale that's why Im here to be  livin' proof
że można i na słabym Cubie być mega szczęśliwym rowerowo, mieć mega frajdę, mega kondycję i bla bla bla. 
(Aha, ani nazwy tego biura podróży ani linku do filmiku nie wklejam...Bo jeszcze czapki albo skarpetek, by nie sprzedali albo ktoś nie ciułałby rok na rower ich sponsora tylko kupiłby słabego Cube'a a nadwyżkę wydał na zwiedzenie 10 krajów i zebrałby wspomnienia na lata, może na zawsze i po co..?)...Btw, skarpetki też dostałam...O jak mi przemarzły stopy, jak jechałam do Katowic w grudniu. Po 20 km w zimie w nocy ja ściągałam buty gdzieś obok ulicy, jak wariatka, żeby włożyć lepsze - "z bazaru"...
Podkreślę jeszcze raz nie jest tak, że ja Cube'a polecam. Tylko piszę, że mi osobiście się na nim jeździ świetnie.

Ale ale...Odbiegłam od pytania...Czy te zmiany komponentów to częste zmiany?


Jeszcze trochę śniegu,...


...a tu już w ogóle.


Tobołów.


Kierujemy się na Koninki.


Dalej do Poręby, przez Niedźwiedź, parę innych miejscowości do Mszany Dolnej, ale źle skręciliśmy...Okazało się, że tak rekreacyjnie wjechaliśmy sobie na spory podjazd...Można było ciąć przez las (na skróty przez jakąś górkę), ale jeden pan mówił, żeby jednak wybrać asfalt.


To wybraliśmy. W końcu jest Lubomierz.


A potem był dość długi podjazd...A ja uwielbiam podjazdy! Pod sklepikiem, w którym parę godzin wcześniej zostawiłam okulary, wypatrywałam kuzyna. Lada moment nadjechał...Głodny...Dobrze, że miałam draże....


Zapieliśmy rowery (tzn on je przyczepił...ja się na tym nie znam...) i wróciliśmy do Krakowa.


DYSTANS: 67 KM

Komentarze

  1. Jako, że również darzę Gorce olbrzymim sentymentem, a z pewnych względów dawno nie byłem to czytałem i oglądałem z wielką przyjemnością i przy okazji proszę o więcej wypraw i relacji z tego rejonu. Proponuję z Rabki do Krościenka w jeden dzień ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja droga - sprawa zużycia sprzętu ma się tak, jak piernik do wiatraka ;) 10 tys km na jeden łańcuch i kasetę to strasznie dużo. Polecilabym Ci posiadać 2 łańcuchy i zmieniać je co 1000 km i wtedy obydwa posłużą długo a i kasety szybko nie trzeba zmieniać. 20tys na hamulce w "tanim" rowerze to też jest sporo ;) co się używa, to się zużywa :D a ten śmieszny Jacek już dawno przestał być dla mnie wiarygodny, ale z ciekawością oglądam jego filmy i zdjęcia z wypraw. Kwestia roweru jest taka, że każdy powinien kupić taki rower, który pokocha jego dupa. Czy to Cube, Scott czy Kreidler. Ja mam górskiego Krossa, ale niestety nie jest on synonimem wygody. Za to szosowy Trek... oooj już tak.
    A co do rowerzystów w Gorcach - właśnie przez takie warunki jakie panują ich tam niespecjalnie widać. Przyjedź w czerwcu, to zobaczysz ilu ich tam jest :D
    Pozdrawiam,
    Baba na rowerze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No w sumie niby wiem, że chodzi o tę geometrię etc, ale jak tak funkcjonalnie (totalnie amatorsko!) patrzę to dla mnie się to jakoś łączy - kupię tańszy rower, na którym mi się jeździ dobrze, ale co z tego jeśli części będę często wymieniać. To w sumie wychodzi, że wcale nie zmieniałam często, czyli "nie straciłam". Co do dwóch łańcuchów słyszałam właśnie o takim patencie, ale ostatnio nie poszło mi dobrze rozkuwanie łańcucha, a chyba prosta rzecz (aż wstyd się przyznać...). Muszę poćwiczyć i wtedy może zastosuję, jeśli jest to dobry patent. Btw, ja chyba nie do końca to rozumiem - jak to działa? (może głupie pytanie, ale nie rozumiem "mechanizmu").

      Dla mnie gość jest creepy...Kiedyś ktoś wspomniał o wyprawie w Himalaje(zajawka super!), weszłam na stronkę,widzę super wyprawy, piękne zdjęcia. Coś tam skomentowałam i gość się do mnie przyczepił. Pomyślałam pozytywny gość, który robi fajne wyprawy, pstryka ładne zdjęcia, fajnie mieć takiego znajomego pogadać o wspólnej pasji, ale... jego teksty, ten kamień to trochę były "z czapy" i trochę "przytłaczające". Śmiałam się potem, że no już trochę lat jest to może żony z rowerem szuka...I tak sobie zapraszał laski, które komentują na jego funpage'u na piwo, woził im jakieś prezenty z tekstami a'la Paulo Coehlo (zawsze gustowałam w literaturze wyższych lotów..) o tym, że śniły mu się w Havanie...Bo akcja dziwna. Nie poznałam go dobrze, ale tyle na ile się mi zaprezentował to oby jak najmniej takich osób obok mnie (teksty o jego klientach, usłyszałam tylko dwa - smutne). W sumie ja też czasami zerkam, ale właśnie jest coraz gorzej...Często ludzie to piszą. Ten filmik mnie "rozwalił". Choć mój "ulubiony" to ten, jak mówi, że hodowla krów jest zła, bo piją wodę i jest to nieekologiczne (to jest jakaś reklama wegetariańskiej jadłodajni)...Jego furkę widziałam, ileż litrów musi iść na jej umycie...Brak logiki, gadanie bzdur, niepopartych faktami, żeby tylko coś wcisnąć...A i to, że wie jak to jest słyszeć, że nie wygląda się jak rowerzysta/rowerzystka tylko jak "modelka" to już mnie rozwaliło...Gość nie ma granic w tych absurdach. Żyje w swoim świecie, w którym wie wszystko najlepiej. Ktoś kiedyś powiedział o nim: "Taki Pan Japa" (medialny, fajnie się sprzeda ze swoim gadaniem), dla mnie taki Benny Hill. Btw, oficjalnie nie potwierdzam imienia (bo byłoby to kiepskie z mojej strony, ale...). Właśnie w sumie ta koleżanka z firmy mi napisała, żeby sobie bloga założyła i tam pisała coś, no to piszę...Więc nie, nie jest to kiepskie. "Spełniam prośbę" tej pani. Chyba długo mnie to będzie bawić...

      No właśnie nie każdy jest tak samo zbudowany - ja mam długie koniczyny np, poza tym ja jestem silna, więc trochę cięższy rower to dla mnie przyjemność. Choć myślałam trochę o szosie też (bo jednak pewne dystanse, by się robiło szybciej), choć na razie tę myśl zarzuciłam, ale tak z ciekawości co to za model Treka?


      Usuń
    2. Dwa łańcuchy na spince. Nie trzeba rozkuwacza i nowych ogniw. Bo jak użyjesz stare, to może łatwo pęknąć łańcuch w miejscu rozkucia. Ja jeżdżę na jednym łańcuchu, ale też nieporównywalnie mniej jeżdżę od Ciebie. No i im mniej trybów, tym grubszy łańcuch i trwalszy. Ja mam w górskim 10 biegów, więc odpowiednio cienki łańcuch, który łatwiej pęknie niż taki 8 biegowy.
      Szoska - Trek Lexa S z 2011 roku, staruszek ;) w tym roku przymierzam się do technologicznego skoku wzwyż ;) nie umiem już cieszyć się jazdą rowerem górskim po asfalcie :)
      BnR

      Usuń
    3. Dzięki za wyjaśnienie! Ten Trek wygląda całkiem fajnie. No właśnie zdaję sobie sprawę, że prędkość na górskim jest jednak zdecydowanie mniejsza i nigdy nie zrobię np 300 km w 10 h, bo na takim to prędkość ponad 30 po prostym to już jest bardzo ok prędkość, a na szosie to mała (Choć, jak kiedyś jechałam 100 km odcinek z kolegą, który jechał na szosie to w połowie wycieczki skomentował "Dobrze, że wziąłem szosę"...). Pewnie chodzi też o lekkość, ale ja i moje mięśnie lubią tę "ciężkość". W sumie nie byłam nigdy na długiej wycieczce na szosówce to w sumie nie wiem, jakie miałabym odczucia...Muszę sprawdzić i wtedy kupię może coś (ale ja to pewnie raczej coś "niskiego" - chyba, że w związku ze zmianą będziesz sprzedawać Treka jakoś okazyjnie. Jeśli rozmiarowo, by mi odpowiadał to chętnie bym sprawdziła).

      Usuń
    4. Ja mam Gt Tachyona 3.0 skonfigurowanego pod siebie jezdze na nim już 6 lat z orginału została tylko rama i jest super ,nie trzeba wydawac 10 000 żeby mieć frajde z rowerowania ,części warto mieć w zapasie łańcuch kaseta zawsze się przyda,zywotnosc wzrasta znacznie,no i warto dbac o naped,smar regulacja czyszczenie to podstawa,blog swietny,powodzenia.

      Usuń
    5. Z 2011 to staruszek? Na wschód słońca na hałdzie jechałem na swoim Giancie z 2004 roku i wcale nie uważam, że mój to staruszek. Jak potrzeba, całkiem nieźle się zbiera :D

      Usuń
    6. Ja tam śmigam na Treku Single Track 930 z...1997 roku. Kiedy wchodzę z nim do jakiegoś sklepu rowerowego to sprzedawcy ślinią się na jego widok i tylko cmokają z zachwytu, jaki fajny rower, niezniszczalny osprzęt, itd itp. Od momentu nabycia(już używany, po zawodniku mtb) zero jakichkolwiek awarii, tylko wymiana blatów, łańcuchów i kaset w związku ze zjedzonymi zębami. Uwaga, post nie zawiera lokowania produktu ani nie jest nachalną akwizycją, ponieważ ten model i rocznik jest już praktycznie nieosiągalny w "przyrodzie"

      Usuń
  3. Cześć Felicity :)

    Macie bardzo przyjemny blog :) Zwłaszcza z tego co widzę, to za bardzo nie ważysz słów i to jest fajne :P Turbacz to taka mała stolica kolarstwa górskiego. Mnie już ciężko jest zliczyć ile razy moja skromna osóbka się tam znalazła. Jedynie czego żałuje, że nie udało się tam obudzić na wschód słońca.. Cóż może latem, wezmę żonkę, zapakujemy rowery do auta i sru powędrujemy na górę :)

    P.S. Fajne gacie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Właśnie ja jeden ze szczytów Korony chciałabym zaliczyć o wschodzie (wschód słońca w trasie uwielbiam), a taki wschód z pięknym widokiem na góry to musi być obłędny.

      Usuń
    2. Dokładnie :) Wschody to w ogóle są niesamowite :)

      Usuń
  4. Ja narazie zdobyłem tylko Św Krzyż ( Łysa Góra ) i Przehybę więc moje doświadczenie jest znikome . I dlatego mam pytanie . Czy na Turbacz można wjechać drogą asfaltową ( tak jak na Przehybę ) ? Ewentualnie jaki szlak jest najłatwiejszy jadąc od Nowego Targu lub Łopusznej ??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz dopiero zobaczyłam komentarz...Nie ma szans drogą asfaltową na Turbacz. Co do najłatwiejszego szlaku...Chyba ten mój kuzyn jest większym specem (bo on więcej razy tam wjeżdżał, ja mam tak, że gdzie mi się "każe" jechać to pojadę..) to go dopytam (o ile aktualne jeszcze..). Ale myślę, że czy tą trasą, czy np tą inną, którą prezentuje w innym poście dasz radę (choć przy tej drugiej był moment, że trzeba było wnieść rower na plecach, bo tam to nikt by nie dał rady jechać, ale to króciutki odcinek). Nie byłam jeszcze na Przehybie. Zatęskniło mi się za górami!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty