NADBAŁTYCKA PRZYGODA cz.3 - Ludzki dystans do Kaunas

20 maja 2016

Kawa na tarasie...Potem druga...Btw, świetny hostel - ma cudny taras, bar, recepcjonistę, który poinformuje o ciekawym miejscu. Nic z tego ciekawego miejsca nie wyszło (bo ciekawych miejsc dużo, ale czasu mniej...). W zeszłym roku ludzie z hostelu w innej europejskiej stolicy (jednej z moich ulubionych!) przy lokalnym alkoholu opowiadali o pewnym ciekawym miejscu w ich kraju, na który w zeszłym roku podczas tripu po tamtym państwie (i ościennych) nie było czasu, ale wciąż to miejsce chodzi mi po głowie i może wyjdzie w tym roku...Może...Bo kto wie, gdzie koła zaniosą...Tak, czy siak miejsca, o których opowiadają mi tubylcy gdzieś tam kołaczą mi po głowie..Fajna sprawa dowiedzieć się o czymś interesującym z pierwszej ręki.


Medio loco en el coco...!


Ależ pachniało grillem! Open Kitchen Vilnus jest to miejsce, gdzie można posmakować street food w każdy piątek niedaleko Užupis (Zarzecze) - miejsca bohemy artystycznej (w tej dzielni znajduje się hostel, w którym spałam). Za Sowietów dzielnica była uznawana za jedną z najbardziej niebezpiecznych w Wilnie, tutaj bytowali ludzie marginesu...


Trzeba znaleźć wyjazd z miasta. To nie jest takie proste w przypadku dużych miast...
Ale jeszcze posiedzę na ławeczce...posłucham kawałka, który wkręcił mi się niesamowicie:
(o ja!...teraz zrozumiałam sens tego wkręcenia...Zaiste wszystko jest po coś...)


"Za naszą i Waszą wolność".


Po 30 km moje koła i moja osoba opuściły Vilnius. Troszkę pokręciłam po mieście...Po tych estakadach, mega rondach, drogach, o których nie wiedziałam, czy mogę jechać na swoim bicyklu (te tiry...ten ruch...te milion samochodów...) - w Polsce na czymś takim są zakazy dla rowerów. Kocham Litwę, choć takich dróg nie kocham wcale, ale trzeba jakoś ruszyć dalej, wjechać na właściwą trasę. Ileż to razy w różnych częściach Polski taki zakaz komplikował sprawę. Ech...
Jechałam do Kowna (jak pisałam te dwa mickiewiczowskie miasta chciałam zobaczyć). Miałam nawet nocleg zarezerwowany. Myślałam, że z Wilna wyjadę wcześnie i w Kownie będę o takiej porze, która pozwoli mi na zwiedzenie miasta. Nie wyjechałam wcześnie...Ale jakby nie było - dystans, który miałam do pokonania był nie duży, był to taki ludzki dystans, idealny na wyprawę - można się wyspać, można posiedzieć nad rzeką etc etc etc, jest się o normalnej porze na noclegu, można potem jeszcze wyjść...


Droga była so so (w sensie klimatu, nie stanu)...Do Wilna jechałam bocznymi asfaltowymi (które były remontowane...), ale też szutrowymi, to teraz pyknę sobie ekspresówką, żeby móc się wypowiedzieć na temat jeżdżenia na rowerze po tym kraju....Jeździłam tam po każdego (sic!) rodzaju drodze...W sumie były dobre momenty tej drogi, jak tak sobie przypominam. Nawet bardzo dobre. Była świetna pogoda. Było dobrze.

 

Jak ja uwielbiam zerkać na mapę! Patrzę, jakie miasta przede mną, ile km do niego, gdzie mogę pojechać, jaką trasą, gdy chcę już być na miejscu to - ile jeszcze, jak mogę skrócić...Kocham ten klimat! Ileż to razy ja wyjmuję tę mapę z sakwy..? Topografię Litwy po przejażdżce po tym kraju znam znakomicie przez to dość częste zerkanie na mapę. 
Duże miasto przede mną to Elektreny. Na razie jestem w Elektrėnų savivaldybės (rejon elektreński). Chcę mi się jeść...Gdzie te Elektrony...? W Serbii jechałyśmy z koleżankami do Krogulca (Kragujevac), ja teraz do Elektronów...




Są!
 Odbiłam z trasy i wjechałam do miasta, które ma dość młody rodowód (lata '60). Widać to nawet po typie budownictwa - bloki z wielkiej płyty. Ta nazwa, która bardzo mi się spodobała, pochodzi od elektrowni.



Szukam jedzenia...Podjeżdżam, ale widzę tylko mesos gaminiai (przetwory mięsne)...One mnie nie interesują...


W końcu kupiłam te 5 tysięcy kalorii (albo jakoś tak) i usiadłam na ławeczce z "fajnym" widokiem na nieczynną, zniszczoną fontannę...Właśnie! -  Litwa jest mega zniszczona jeśli chodzi o stan budynków i tego typu rzeczy. Czegoś takiego to ja nie widziałam w innym kraju. Jeszcze...


Na tej trasie nie robiłam zdjęć znaków, bo trasa prosta. Łatwa do odtworzenia, gdy zerknę na mapę. 


Okręg kowieński. Rejon koszedarski.


O takie drogi bywają na Litwie..:
(Taką, tylko w zdecydowanie gorszym stanie i bardziej creepy otoczeniu, jechałam pierwszej nocy do Wilna...i ta duża ryba tak plusnęła nagle...).


Na wyprawach moja "dieta" jest tragiczna...Raczę się np. takimi napojami chemicznymi (że niby energia...).


Jest Kaunas. Jeszcze jasno, a ja już w docelowym mieście (niewiarygodne!), ale jak wspominałam, odcinek ten był bardzo krótki.


Nie widać, bo przejść na drugą stronę się nie dało, ale ta Kruna prezentowała się bardzo ładnie.


To jest ta super łatwa do odtworzenia trasa:
(Oprócz zjazdu w celu zjedzenia nic a nic z niej nie odbijałam. Miała swoje lepsze i gorsze - duży ruch - momenty...).


Miasto jest, ale jeszcze trzeba dotrzeć do centras...
Strzałka z numerem drogi, na której mam się znaleźć jest, więc będzie to super prosta sprawa.


Właściwa droga jest, zaraz będzie centras..Wypatruje już jakichś jego oznak...Nie ma, ale jest info, że za 4 km lotnisko. Patrzę na mapę to nie ten kierunek....Yyy...Jakaś pokręcona strzałka była...Nie uwierzyłam w nią, bo tak niewiarygodnie wyglądała...


Odnalazłam się dość szybko.Zadzwoniła do mnie pani z hostelu i nawija po litewsku...Uspokoiła mnie, bo nie pamiętałam, do której check-in w tym hostelu (bo nie całą dobę). Miałam być na czas...


Jest klimat! Jak pisałam powyżej, Litwa jest "zniszczona" jeśli chodzi o stan budynków etc. Przy wjeździe do Kowna było bardzo to widać. Właśnie! - jeżdżąc sobie na rowerze po różnych krajach można zauważyć różnicę w podejściu ludzi do pewnych kwestii...Super ciekawe to jest!
W Albanii, a nawet już w tej albańskiej części Kosova (od Mitrovicy) mega rzuca się w oczy negatywne podejście do kwestii ekologicznych...W ogóle też inna bajką są rozwiązania dotyczące dróg (prawo drogowe, które też się różni) to jeszcze inna kwestia...(Chyba wspominałam coś w bałkańskich postach Bośnia vs Albania jeśli chodzi o budowę dróg w górach). Ale to nie post o różnicach socjo-drogowych, jakie można zaobserwować brykając sobie na bicyklu po różnych ziemiach zamieszkujących przez różne nacje, tylko o moim dojeździe z największego miasta na Litwie to drugiego pod względem wielkości oraz ilości mieszkańców (Wilno - ok. 531 tys, Kowno - ok. 301 tys.).


Mijałam takie budynki:


Ale tłumy w tym centras! Ludzi a ludzi...


Dobre rozwiązanie w przejściu podziemnym. Na wyjeździe dla wózków trzeba tak lawirować, a po schodach wynosić rower z ciężkimi sakwami dość...ciężko, bo przeważa w tył (choć czasami trzeba to robić, dlatego moje chude rączki są nadzwyczaj silne...). Tutaj wprowadziłam go sobie na luzaku.


Ta świątynia aż mnie "uderzyła" (jej stan..):



Oczywiście naszukałam się ulicy, bo ja to nie słucham tych ludzi...Droga była super prosta, ale pierwszy pan tak zaczął, jakby była skomplikowana...Paradoksalnie, wytłumaczył dobrze (nawet poinformował, gdzie dokładnie stoi hostel, którego poszukiwałam), jak się później okazało...Głupia ja...

Znalazłam ulicę, na której był usytuowany hostel, w którym miałam spać. Pierwsza myśl, gdy wpadłam na ten prospekt:
https://www.youtube.com/watch?v=K2Y265KZR4g

Jeśli chodzi o moje pierwsze wrażenie dotyczące Kowna to w przeciwieństwie do Wilna zaskoczyło mnie. Poza tego typu zjawiskami (...powyższy link..) oraz jego estetyki to, gdy wpadłam do centras to pomyślałam: Ale imprezownia...Kowno takie..? Aczkolwiek innego typu imprezownia niż np. Budva w Czarnogórze (bez laserów).


Fajny hostel, fajny pokój...


...i takie mądrości na ścianie od właścicieli (ach ta moja miłość do kawy...)...


...i milion od hostelowych gości z całego świata.


Np. o taki cudowny, który wpadł mi w oczy, bo...I'm the master of my fate, I'm the captain of my soul..:


Wyszłam na miasto. Zastanawiałam się czemu nie na rowerze...Ale pani powiedziała, żebym przypięła rower, potem mi pokaże pokój, to ja to zrobiłam i potem już nie odpinałam...Trochę błądziłam...

Również w tym mieście znajduje się ulica Mickiewicza.


Doszłam np do Akropolis (największego w mieście centrum handlowego i rozrywkowego; ponadto jest to największa sieć z rodzaju takich przybytków na Litwie), ale nie wiedziałam, że tędy można przejść. Bo skąd..? Wracam w to samo miejsce.


Miałam mapkę, więc znalazłam się w końcu w centrum miasta, które w dwudziestoleciu międzywojennym pełniło (nieformalnie) rolę stolicy kraju. Czy nie powinno tak zostać..? - chodzi o to dlaczego wtedy Wilno tą stolicą de facto nie było...
(Dlatego ja Serbom się nie dziwię...Ciężkie tematy...).


 Ratusz (Kauno rotušė) znajdujący się przy Placu Ratuszowym, głównym placu miasta.
Pochodzi z XVI wieku, przez mieszkańców Kowna nazywany jest białym łabędziem. W środku znajduje się muzeum.



Biskup Motiejus Valančius (Maciej Wołonczewski, ksiądz Maciek) - pisarz, historyk, etnograf, krzewiciel świadomości narodowej bronił Litwinów przed rusyfikacją. 
 

Ulica Wileńska - najpiękniejsza na starówce. Życie nocą tu kwitnie w licznych knajpach, pubach, ogródkach...



Kościół, który przykuł moją uwagę ledwo tu wpadłam.


Jak on wygląda? Albo raczej: czemu on tak wygląda? Brak zainteresowania? Brak funduszy? Czy...wciąż ten spadek po Sowietach..? Minęło przecież ponad 20 lat...Czy ponad 20 lat temu to był kościół, czy magazyn albo coś w tym stylu...? To jest w samym centrum miasta. Bynajmniej nie estetyka, a raczej jej brak mnie drażni, bo pociąga mnie taki klimat, tylko zastanawiam się, czy to się nie niszczy...nie zniszczy..? Może szkoda...Może warto odnowić..


W pierwszy dzień (noc..) myślałam, że nieciekawa ta Litwa...Ale teraz trochę się przekonywałam do bikingu made in Lithuania!


Piwo! Totalnie nie czuję się sama na takim samotnym piwie, bo wreszcie mogę na spokojnie zrelacjonować bliskim (..i dalszym), co tam u mnie, co widziałam, napisać moje wrażenia "na żywo" (...i czasami chcę być sama...no chyba, że jakaś wyjątkowo fajna "opcja" bycia nie samej...).


W Kownie również można wypożyczyć rowery.



Gdy wracałam okazało się, jak prosta jest droga ze starówki do mojego hostelu. Gość, którego przedtem pytałam wspominał, że muszę obejść building in russian style...A ja zaczęłam kręcić, po centrum, jak głupek, zamiast jechać prosto na cerkiew.


Stan tego budynku podobnie, jak tamta świątynia przeraża swoim stanem...Jakie to litewskie...


Tak mało litewskiej policji spotykałam. Nikt o nic się mnie nie czepiał...W Polsce to ja mam dość często kontrolę trzeźwości (czasami może przez porę dnia/ a raczej nocy oraz porę roku i pogodę, bo żadna mi niestraszna - czy to mróz, czy ulewa...i takie skutki: policjanci myślą, że pijana...).
Choć policjant nie znał ulicy, której szukałam - co to za policjant..? Jak on patroluje..?...Kiedyś w Grudziądzu grudziądzki policjant to nawet hostel polecił...To było świetne, bo nie szło mi wtedy szukanie noclegu. W albańskim Shkoder to policjanci szukali z nami hostelu, mieliśmy potem eskortę (to było poetyczne! no mega akcja!), w Niemczech to policjant był super mega kulturalny i mi świecił latarką w mapę w środku nocy i wcale go nie dziwił ten kosmita stojący przed nim o takiej dziwnej porze w odblaskach z rowerem i plecakiem, kiedyś tam w Czechach puścili, mimo że byłam bez świateł (bo mi się rozwaliło w Ostravie...), a w Kielcach nie puścili i dali mandat za takie drobne przewinienie...Tzn. za to, że byłam głodna...Jak sobie teraz to przypominam to się uśmiecham - śmiesznie było na komisariacie w środku nocy (o tym wspominałam w "kieleckim" poście).


Co mnie zafascynowało w Kownie już przy wjeździe do miasta..? Trolejbusy! Za każdym razem, jak przejeżdżał to stałam urzeczona tym pojazdem...Czułam się, jak w latach 60...Dodając do tego design budynków naprawdę tworzył się styl niczym sprzed 60/50 lat (...niczym za komuny...).


Uniwersytet techniczny w Kownie.
Kowno jest czasami nazywane miastem studentów (studiuje tu ok. 50 tys. ludzi).


Mój rower przypięty do poręczy na klatce (nie zamykanej!) wciąż stoi...Uff...
A wcześniej usiadłam na schodach i znów było mi tak dobrze (słuchałam świetnej muzyki), byłam tak bardzo bardzo bardzo szczęśliwa, że tu jestem. I nie chciałabym być w żadnym innym miejscu na świecie wtedy. Nie chodzi nawet o to, że jestem w Kownie. Tylko o tę wolność rowerową...I w ogóle wolność. Każdy, kto się tak buja spontanicznie (sam, czy ze swoim towarzystwem) to chyba wie o co chodzi, a kto się nie buja spontanicznie tylko podpisuje kontrakty, przepłaca i buja się z jakimś ludźmi, którzy też ten kontrakt podpisali (są mu narzuceni jakoby) wykupując turnus wycieczki - współczuję, że nie zna takiego uczucia. Moim zdaniem dużo traci. Ale co kto lubi...


Excatly!


Jak widać, w Kownie bywają ludzie zewsząd - z różnymi przekazami (np. patriotycznymi). Dla wszystkich, którzy tak serio biorą wszystko, nie znają się na żartach (i tu jeśli chodzi o te rowerowe klimaty mogłabym wspomnieć o tej mojej "ulubionej" firmie rowerowej, co sprzedaje wycieczki rowerowe z natury wykluczające rowerową wolność - kontrakt zawsze to wyklucza i jej właścicielu Benny Hillu, bo jak wspominałam w jakichś poprzednich postach, Benny Hilla miałam nieprzyjemność poznać; kobiecie na rowerze; pewnym moderatorze na forum rowerowym, który trochę bardzo przegiął pisząc pewne zdanie w prywatnej wiadomości do mnie, którego moderator pisać nie powinien do użytkownika (negatywne zjawisko społeczne, którego tak często doświadczam, z którego sobie bezczelnie żartował w prywatnej wiadomości do mnie; aż mi się nie chcę tam logować, nie dlatego, że się "obraziłam", lecz dlatego, że jestem zniesmaczona jego podejściem do tematu i burackim chamstwem; to było przerażające) - 
przekaz od pilota: Be cool!...(...ja przekaz łapię i...potem wychodzę na awanturnicę..). Mogłabym napisać o tym esej, ale szkoda mi "bruździć" tego posta. Tak tylko wspomniałam...Zbyt pozytywne było to wszystko. W ogóle mój biking jest tak pozytywnym zjawiskiem w moim życiu i chyba naiwnie spodziewam się, że u innych też tak jest, ale okazuje się że nie u wszystkich...Muszę pozostać tylko przy jeżdżeniu (bo jakoś dziwnie często trafiam na nie będących wyluzowanymi chamów), a dzielić się (bo dzielić się tym, co mnie tak nakręca ja lubię...) tylko tu, czy też na moim prywatnym profilu gdzieś (tam to codziennie spamuje z każdej najmniejszej przejażdżki...) lub w rozmowach ze znajomymi lub nieznajomymi, których spotykam gdzieś w drodze...


O ja!


Have Fun! Ride Bikes!


Też tak będę mówić, bo też tak myślę! ...a wierna sobie chyba jestem...


DYSTANS: 134 (albo 144 - nie pamiętam) KM

Komentarze

  1. Trochę nudna ta Litwa poza Wilnem...
    pzdr Alkir

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to też tak myślałam pierwszego dnia, potem Wilno - warto (a może nawet trzeba..?), Kowno - klimatowe, podobało mi się, a dalej...
      No nie są to np Bałkany, choćby pod względem krajobrazowym - nie ma tak, że się jedzie na rowerze i nie wie się gdzie skierować oczy...Nie mam tak, że chcę nauczyć się litewskiego (bo tych bałkańskich to ja się uczę...niezbyt intensywnie, ale jednak coś tam powiem, czy to po albańsku, czy po serbsku, po litewsku dosłownie tylko jedno jedyne - dziękuję...), ale zdarza się, że słucham np muzyki (aczkolwiek nie jestem i nigdy nie będę takim specem, jak od bałkańskiej muzyki rozrywkowej - głównie albańskiej ze szczególnym naciskiem na kosovską odmianę). Ale jakiś sentyment mam...i zawsze będę mieć.

      Usuń
  2. Z krajów nadbałtyckich (od naszej strony Bałtyku) wrażenie zrobiła na mnie Estonia - takie "przedproże" Skandynawii. Lasy (zwłaszcza na wyspach) już takie "tundrowate" bardziej, urokliwe wręcz podręcznikowo staro skandynawskie wioski-muzea, trochę inny klimat (o wiele za dużo komarów, szaleństwo z nimi było!) i niezwykle urokliwa starówka Tallinna.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty